Istny czeski film! Polski artysta miał wyjątkowego pecha! Linie lotnicze zgotowały mu nieziemskie przygody. Wszystko opisał

Dziadostwo wysokiego LOT-u pisze artysta Jan Wołek, który miał wątpliwą przyjemność korzystania z usług polskiego przewoźnika. Polski malarz, poeta, pisarz, pieśniarz i karykaturzysta. Laureat nagród kilkunastu festiwali, twórca ok. 3000 piosenek, autor kilku książek. A teraz autor niezwykłej opowieści z LOT-em w tle.

Czeski film z lataniem

Opowieść jest tak oryginalna i okraszona charakterystyczną narracją, że szkoda nam parafrazować słowa bohatera tej historii, dlatego (za jego zgodą) pokażemy ją w wersji oryginalnej. Artysta opisał swoje przygody w mediach społecznościowych ku przestrodze dla innych. Przeczytaj jak może wyglądać Twoja podróż, kiedy wyproszą Cię z samolotu, bo okaże się, że na pokładzie jest zbyt wielu pasażerów. Co z tego, że bilety kupiłeś bardzo dawno temu, żeby wszystko dokładnie zaplanować i cieszyć się podróżą ze swoją rodziną. W między czasie Twoja walizka podróżuje po świecie bez Ciebie. Stopień absurdu całej historii powali Cię zapewne na kolana. Nie pozostaje nic innego jak zacząć czytać. Śmiech przez łzy… Bohater tej historii miał niewiarygodnego pecha. Ale oczywiście musisz wiedzieć, że overbooking jest praktykowany praktycznie przez wszystkie linie lotnicze.

Przeczytaj też: Czym jest overbooking? Co zrobić, jeśli zabraknie dla Ciebie miejsca w samolocie?

Bon voyage! czyli dziadostwo wysokiego LOT-u. […] Gdyby mnie ktoś opowiedział historię, którą spróbuję Wam opowiedzieć, pewnie bym się obśmiał, ale gdy przeżywa się ją samemu nie jest do śmiechu. Spróbujcie znaleźć w niej nutę przestrogi. U schyłku czerwca kończyłem 65 lat. Urodziny i imieniny. Nasz Maksiu, po ośmiu latach nauki skończył brawurowo szkołę i mimo stresów wynikających z reform w szkolnictwie dostał się do liceum. Żona już wcześniej uznała, że to wystarczająco istotne powody do świętowania i postanowiła, że zwieńczeniem owych wzlotów będzie nasz wspólny wyjazd na tydzień do Dubrownika, do którego jak wielu mam słabość. Z fachową pomocą wzięła się za organizowanie tej wyjątkowej dla nas imprezy. Trzy miesiące wcześniej kupiła bilety na samolot (bezpośrednio Warszawa-Dubrownik, a nie tańszy lot przez Zagrzeb wiedząc, że nie lubię latać). Zarezerwowała i opłaciła fajny hotel, transport z lotniska, elegancką knajpę na uroczystą kolację, w planie wycieczka na Korculę i inne atrakcje. Życie osładzało nam czekanie na nagrodę. W noc poprzedzającą wylot spaliśmy krótko i nerwowo (zwłaszcza ja, który się boję). Na lotnisku, przy odprawie bagażu, byliśmy jednymi z pierwszych. Zastanowiła nas uwaga obsługującej pani, która „uprzedziła” , że jest nadmiar chętnych na ten lot, ale przecież zapłaciliśmy trzy miesiące temu, kiedy o żadnym nadmiarze mowy być nie mogło. Potem tradycyjnie: do koszyczka komputery, zegarki, okulary, pióro, pasek (gacie spadają do kolan). Boarding. Jesteśmy jedni z pierwszych. Czekamy. Tłumek przechodzi, my czekamy. Zostaje nas garstka. „Państwo nie lecą”. Dlaczego? Bo jest nadmiar pasażerów. Ale dlaczego jest nadmiar? Bo firma musi w swoim interesie mieć gwarancję wypełnienia samolotu w 100%. A nasz interes?. „A klient nasz pan”? A prosta zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Trzy miesiące temu kupiliśmy bilety, czyli staliśmy się właścicielami produktu pod tytułem trzy miejsca w samolocie lecącym do Dubrownika dnia 1go lipca rano, na czas przelotu 1 godzina i 40 minut. Wtedy nie było 100% obłożenia. Gdyby było, należałoby nas poinformować, czy chcemy podjąć ryzyko. „To jest praktykowane w wielu liniach”. Czy jeśli zaparkuje pani auto w miejscu niedozwolonym, tłumaczy się pani policjantowi, że inni też tu zaparkowali? To nie czyni prawa. Jedynie informuje, że zapisała się pani do klubu ludzi, którzy mają prawo w dupie! „Pierwszeństwo ma checking online”. Ja nawet nie wiem co to jest. Czy to mnie ku*wa dyskredytuje!??! Cwaniura, który kupił bilet wczoraj i zaraz kliknął coś w komputerze ma być lepszy od nas trojga, których pieniędzmi kręcicie od trzech miesięcy?! Jak dokonujecie selekcji? „Uczciwie – drogą losowania”. Kiedy, teraz? Kto był „sierotką „wyciągającą losy? Co dziesiąty pod ścianę?! Siedem,osiem, dziewięć, dziesięć! To jak było z naszą trójką? En bloc?. Przecież „odpadło” dziewięć osób. Czy pani przerabiała rachunek prawdopodobieństwa? Jak to jest ku*wa możliwe, żeby na dziewięć osób troje nosiło to samo nazwisko? To się nie da! Siedem, osiem, dziewięć. Dziesięć, jedenaście, dwanaście pod ścianę! „Ale my płacimy po 250 euro odszkodowania!”. To zapłaćcie ku*wa komu innemu! Dwoje ludzi obok w podobnej sytuacji. Lecą na ślub córki. Z Kanady. Bilety kupili w styczniu. Tutaj też los strzelił dubla. Naprawdę przy takim szczęściu, LOT powinien grać w totoLOTka, a nie wozić ludzi. Udajemy się do jakiegoś „działu interwencji”. Magda jest prawnikiem. Ona rozmawia. Nie ma argumentów nie ma dyskusji. Ściana. Pani jest jak dorożkarski koń. Widzi do najbliższego zakrętu. Nie pamiętam kiedy czułem się tak upokorzony. Rozmowy przedłużają się. Czas przewidzianego pobytu w Dubrowniku jest zbyt krótki, byśmy mogli zgodzić się na obcięcie go. Dziś ma być uroczysta kolacja. Możemy polecieć do Wrocławia. Z Wrocławia jest samolot do Monachium. Z Monachium wieczorem do Dubrownika. Nikt nie zapytał mnie, czy nadal nie lubię latać. Teraz to są trzy starty i trzy lądowania. Zjadamy posiłek za jedną trzecią zapłacił LOT. Dawno nie jadłem na kartki. Kelner z Ukrainy patrzy na mnie jak na dziada. Pewnie ma rację.

Tajnym przejściem przeprowadzają nas obok jakiegoś remontu. Do innego punktu odpraw. Odprawiamy się w grupie ortodoksyjnych Żydów. Znów do koszyczka komputery, okulary, zegarek, pasek ( gacie spadają do kolan). Lądujemy we Wrocławiu. Burzliwe oklaski pasażerów przechodzące w standing ovations. Żyjemy! Pędzimy, bo Monachium jest na styk… Ale nie dziś. Elektroniczna tablica informuje, że lotu do Monachium nie ma. Odwołali. Jak to? To tablica ma swój rozum, a pani na lotnisku swój. Przecież to ona nas tu przysłała. Lecimy do innej pani. Pani, acz lekko zdziwiona potwierdza, że lot do Monachium nie odbędzie się. Ale zawsze możemy lecieć do Frankfurtu, a z Frankfurtu do Monachium i z Monachium do Dubrownika! Zgoda! No, ale nie ma miejsc! Tego Magda już nie wytrzymuje. Zaczyna ryczeć. Są dwa. Ryczy jeszcze bardziej! Pani wykreśla kogoś. Są trzy. Moje skrupuły karleją. Do koszyczka komputery, okulary, zegarek, pasek (gacie spadają do kolan). W samolocie orientujemy się, że nie ma szans na to, by nasza walizka mogła nadążyć za nami. Nasza jedyna walizka! Srebrny Samsonite z całym dobytkiem: ubraniami, kosmetykami, ładowarkami do telefonów i co ważne dla mnie: lekarstwami, które muszę regularnie brać. Lądujemy we Frankfurcie. I tu miła niespodzianka: Monachium nie przyjmuje. Nie wiem czemu nie wiedzą o tym we Wrocławiu. Po co wysłali nas do Frankfurtu? Czyżby założyli, że Monachium nie przyjmuje z prostej niechęci Niemców do Polaków? Otóż nie. W Monachium od wielu godzin trwa burza i usuwanie jej skutków. Swoich też nie przyjmuje! Magda ryczy po niemiecku. Stara stewardessa „lotniskowa” stara się ją pocieszyć. „Ty jesteś młoda i piękna, a mój syn popełnił samobójstwo” pociesza Magdę. „Spytaj ,czy wie ilu Polaków zginęło w Oświęcimiu” radzę. Stara stewardessa jest pełna współczucia i pomocna, ale do Monachium się nie da. Da się do Dubrownika, ale jutro wieczorem. Nie ma wyjścia. Niemcy dodają jakieś papiery, do tych tomów które już mamy. Wyjaśniają jak dostać się do hotelu, radzą spytać, co z walizką i odebrać „pakunek awaryjny”.
Więc jesteśmy w tym ponurym miejscu, gdzie ciemna czeluść wypluwa osierocone walizki z napisem „Bon voyage”. Ale naszej coś wypluć nie chce. Po godzinie rozmów dostajemy „pakunek awaryjny”. Podkoszulek XXL, szczoteczka do zębów (czarna), malutka pasta na jeden ząb, szczotka do włosów (dla mnie istotne) z podłużnym lusterkiem do ćwiczenia uśmiechów, dezodorant kulkowy, jak gruby długopis do pisania pod pachami. Potem idziemy do apteki, gdzie najpokorniej proszę o leki, tłumacząc dlaczego nie mam recepty. Aptekarz zadaje mi to samo pytanie, które wielokrotnie zadawałem w aptekach w Polsce: a po co recepta? Fakt. Przecież to leki „cywilizacyjne”, a nie psychotropy, czy inne narkotyki. Więc jedno jest pewne: nie wykorkuję. Jeszcze się trochę pomęczę. Dublujemy (oczko niżej) kosmetyki, które Magda ma w walizce, której nie ma. Dublujemy skarpety i majtki. Wsiadamy do busika pełnego takich jak my, kurczowo ściskających swoje „awaryjne pakunki”. Po pół godziny jesteśmy w hotelu. Meldujemy się. Jemy przydziałową kolację. Wyboru nie ma, ale nikt nie kazał wybierać nam LOT-u.
Śpimy krótko. Rano zjadamy solidne śniadanie i najwcześniej jak się da ruszamy na lotnisko. Znowu drobne zakupy i dłuższa rozmowa w dziale bagażu zgubionego. Kontaktowali się z LOT-em. Nasza walizka jest w Dubrowniku. Czy dostarczyć do hotelu, czy odbierzemy na lotnisku? Na lotnisku. Radzą zadzwonić do hotelu w celu potwierdzenia przyjazdu, bo mogą nasz pokój wynająć komuś innemu. Dzwonimy. Tłumaczymy. Zjadamy coś drobnego, bo posiłek mamy zapewniony w samolocie. I znów do koszyczka komputery, zegarek,okulary, pasek (gacie spadają do kolan). Jeść nie dają. Pić nie dają. Stara stewardessa (pech) informuje, że jest strajk personelu pokładowego w Lufthansie i nie obsługują. Magda opowiada zwięźle naszą historię. Stewardessa podaje Magdzie jakieś zawiniątko: „Mówisz LOT”? upewnia się, „weź, przyda ci się”. W zawiniątku jest buteleczka wódki.

Lądujemy w Dubrowniku. Według obliczeń w tym czasie mogliśmy polecieć do Sydney i wrócić. Zapłaciliśmy za lot, który miał trwać godzinę i czterdzieści minut. Idziemy odebrać walizkę. Nie będzie łatwo, bo jej nie ma. Dowiadujemy się, że jest we Wrocławiu! Dlaczego we Wrocławiu, to wie tylko LOT. Prawdopodobnie uznali, że Wrocław jest niepomiernie bardziej atrakcyjny niż Dubrownik i nasze długo wyczekiwane wakacje spędzimy na wrocławskim lotnisku.
Jedziemy do hotelu. Czterdzieści kilometrów. Oczywiście taksówką, bo opłacona przez Magdę elegancka „podwózka” nie będzie na nas czekała dwa dni!
Kolejne trzy dni upłynęły pod znakiem dublowania zawartości naszej srebrnej Samsonite. Kłopot, choć nie mamy zbytnio wygórowanych ambicji. Na zakupy miejscowi jeżdżą do Splitu, ale to trochę za daleko. Zatem jeździmy (taksówkami) w promieniu 20 kilometrów, po mniej czy bardziej udanych centrach handlowych. Kąpielówki, żeby móc pójść na basen, coś by nie było wstydu wejść wieczorem do knajpy, czapki od słońca, smarowidła, ładowarki do telefonów. Książek i gier, które były w walizce nie odkupimy. Na Korculę nie pojedziemy. Raz na stare miasto.
Tuż przed powrotem dostaliśmy telefon z recepcji, że zaraz przyniosą nam naszą walizkę. I przynieśli. Tyle że nie naszą…ale godzinę później naszą! Sierotkę. Samsonajta Marnotrawnego! Trochę czasu zajęło mi otwarcie walizki, bowiem skutkiem brutalnego traktowania, zamek szyfrowy przestał reagować. A kiedy już zareagował stanąłem nad tym bocianim gniazdem, w które zamieniło się schludne wnętrze i zadałem sobie proste pytanie: po co? Przecież zaraz wracamy!! Pomni tego, że tylko odprawa online znajduje uznanie w oczach naszego przewoźnika, próbowaliśmy przez naszych opiekunów w Polsce załatwić to jak należy. Ale się nie dało, bo coś komputery tym razem zaszwankowały. Z duszą na ramieniu pojechaliśmy na lotnisko. Sukces! No nie całkiem. Samolot (LOT- u) na starcie miał opóźnienie godzinne. Jak nas poinformował kapitan Urbanek, owo spóźnienie wzięło się z faktu, że trzeba było zrobić cykliczny przegląd samolotu, o czym LOT nie mógł wcześniej wiedzieć, bo kapitan Urbanek jeździ do prywatnego warsztatu w Dubrowniku. W konsekwencji spóźnienia, spora grupa podróżnych nie zdążyła na samolot do Tallina i nie tylko.

Wypełnieni po brzegi batonikiem „Grześ” stanęliśmy nad taśmociągiem w oczekiwaniu na srebrną Samsonite. I tak staliśmy, póki na ekranie nie pojawił się napis informujący, że oto zakończono wydawanie bagażu z Dubrownika… a nasz? Odruchowo chcieliśmy zgłosić zaginięcie, ale oto wyświetlił się Wiedeń…poczekajmy, a nuż.. I oto kiedy ekran poinformował o zakończeniu wydawania bagażu z Wiednia i ruszyliśmy w stronę punktu zgłaszania zaginięć, kątem oka dostrzegłem srebrną Samsonite. Tajemnicą LOT-u pozostanie, co nasza walizka robiła w Wiedniu. Może ten model tak ma, ale przecież była z nami w podróży nie raz i nie wykazywała nadmiernej inicjatywy w wyborze kierunków…Jadąc taksówką do domu przypomniałem sobie znalezione w kieszeni fotela samolotu LOTowskie pismo branżowe „Kaleidoscope”, które zachęcało do lotów ze stolicy do Rzeszowa i na koncerty do Nowego Yorku. Do Rzeszowa owszem, ale z NY to bym nie szarżował. Na zdjęciu kusił atrakcjami młody człowiek, prezes PLL LOT Rafał Milczarski. Dłonie złożone jak do modlitwy i ja się nie dziwię. Na torebce do rzygania z logo LOT-u zapisałem sobie fragment reklamowego ”budyniu”, którym prezes raczy czytelników: ”Zachęcając do skorzystania z bogatej oferty LOT-u życzę Państwu słonecznych wakacji, odpoczynku i komfortowych podróży. Na naszych pokładach”. O!! TAKIEGO WAŁA! Sponiewierani i upokorzeni obiecaliśmy sobie już we Frankfurcie, ze LOT-em nikt z nas już nigdy, choćby ( jak to mawiała moja niegdysiejsza koleżanka) „skały s*ały”! Do trzynastego prezesa włącznie! Bezsiła jednostki w walce z instytucją jest wielka i bolesna, ale dobrze pamiętać, że na każdego Goliata znajdzie się jakiś Dawid. Tym bardziej, że takich Dawidów codziennie LOT sobie przysparza. Niektórzy odchodzą w pokorze, ale są tacy, którzy ściskają procę w garści i czekają, aż przeciwnik odsłoni czoło…A swoją drogą, czy takie praktyki to nie jest temat dla Rzecznika Praw Konsumenta? Obywatela? I nie lekceważ tego, co opowiedziałem. Jutro Ciebie ktoś postawi pod ścianą i zacznie odliczanie: osiem,dziewięć, dziesięć! TY!!

O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy PLL LOT. Dostaliśmy odpowiedź z biura prasowego polskiego przewoźnika:

Jest nam przykro z powodu zaistniałej sytuacji. Jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z pasażerem w celu wyjaśnienia problemu.

Sprawdź: Najbardziej szokujące powody wyrzucenia pasażera z samolotu (Top 7)

24 KOMENTARZE
  1. Przerażające. Smutne. Takie polskie. Zachowanie Klienta rzecz jasna. A wystarczyłoby być bardziej rozgarniętym.

    Takie rzeczy się zdarzają. Codziennie. Na każdym lotnisku. Procedury w takich sytuacjach też są znane od lat.

    Fakt, że był overbooking dziwić nie powinien. Bo praktyka stosowana przez każdą linie, zarówno regularną jak i niskokosztową. Ryzyko szczególnie wzrasta w sezonie i na kierunku wakacyjnym. Ale wg Pana Jana taki zły tylko LOT. Bo on jako jedyny wozi pasażerów dla zysków. Wszystkie inne linie robią to dla idei.

    I to pytanie na koniec. Czy sprawa nadaje się do rzecznika? A napisz Pan do niego. Pewnie odpisze. Tylko nie narzekaj, jeśli po zrobi to po kilku miesiącach.

    Kilka czynników w postaci pecha (dla wielu overbooking to okazja), niewiedzy, nieprzygotowania i kiepskiej pogody w Monachium na raz powoduje takie efekty.

    Na przyszłość sugeruję więcej czytać a mniej pisać. Najlepiej w domowym zaciszu. Bo taki np. wyjazd autem do Chorwacji mógłby Panu przysporzyć kolejnych smutków (bo remont autostrady akurat w wakacje, bo winiety, bo paliwo droższe i może jeszcze jakiś wypadek się zdarzy podczas burzy). I życzę by Maksiu nie przejął po Panu genów marudy.

    • Bzdura, overbooking to nie polskie rozwiazanie wiec nie obrazaj Polakow! Standard na świecie.

    • Widać z tego tekstu, że ty za to jesteś jeleniem który daje sobie wcisnąć wybrakowany towar choć płacisz za pełnowartościowy.

    • A ja życzę panu życzliwemu, trzeźwego spojrzenia na sytuację i nie usprawiedliwiania oszustwa (prawdopodobnie swojego pracodawcy)…
      Sprzedaż produktu, którego się nie ma lub usługi, której nie jest się w stanie zapewnić jest po prostu oszustwem …
      Krajowy przewoźniku … SŁABO! (i nie wiem czy stytuacja gorsza, czy ten komentarz) …

  2. Ten horror to trochę na własne życzenie…

  3. powiedziałbym na samym początku ze na pokładzie jest bomba i nikt by kurła nie poleciał tym pierwszym samolotem

  4. Pierwszy odcinek był Lotem A dalej była Lufthansa. Dostaje się tylko LOT za całą serię nieszczęść tego pana.
    Overbooking zakłada każda linia A na pogodę wpływu nie ma ani Lot ani Lufthansa.

    Ps. Gdyby bagaż przyleciał z Wiednia to przyleciał by kilka godzin później to przecież oczywiste, tranzyt Dubrownik-Wueden-Warszawa.
    Ps. Może walizka wypadła i dlatego trzeba było chwilę poczekać, żeby ktoś ha ponownie włożył na tasmociąg.

  5. Taki światły człowiek:
    „Polski malarz, poeta, pisarz, pieśniarz i karykaturzysta. Laureat nagród kilkunastu festiwali, twórca ok. 3000 piosenek, autor kilku książek.”
    a nie potrafi coś kliknąć w komputerze:
    „Cwaniura, który kupił bilet wczoraj i zaraz kliknął coś w komputerze …”

    • Powiem Panu, że latanie, jak życie, robi się coraz trudniejsze. Mam na to jeden sposób: nie latam, choć mam bilety service, dokąd mi się zamarzy. Polska jest , wie Pan, jaka ładna? I zawsze można wrócić , jak się człowiek zmęczy, czy znudzi, w kilka godzin. Chce Pan uniknąć kłopotów (i tematu na żale publiczne na wszystkie linie świata)? Na Planete + latają helikopterami nad wieloma pięknymi miejscami i w pięknych okolicznościach przyrody: kaweczka, wygodny fotel, nogi na stoliku, jak się chce i do widzenia kolejki, odprawy, opóźnienia, zaginiony bagaż i odfruwająca w siną dal kolacja w przepięknym miejscu. Ma Pan wybór. Mnie się Pana artykuł podobał w aspekcie opisu perypetii podróżnej, ale zwalenie wszystkiego na jedną linię, to już trochę mniej. Choć przyznaję, ta linia wywołała efekt domina i zapewniła Panu masę nowych doświadczeń. Ale niejaki Wysocki w utworze pt.” Cyrk” śpiewał: Ty , Mańka nie mów nic na wuja, jaki by nie był , ale nasz!! Więc , jaki by ten LOT, nie był, jest MÓJ, tak jak mój jest TEN KRAJ. A w tym Locie są różne spółki” : od rezerwacji, od obsługi granicznej, od bagażu itd. i on, ten LOT zbiera za wszystkich. I uwaga, wyciągam wnioski z Pana artykułu : czas być cwanym i poduczyć się klikać w coś tam w komputerze i rozprawiać elektronicznie z czyhającymi na nas niespodziankami, żeby nadążać z tymi, którzy nie wyjmują nosa z smartfonów i wiedzą gdzie i w co kliknąć. takie czasy!! Bo też nie wszystko ogarniam i może poddałabym się losowi, tak jak Pan. Choć nie opisałabym tak kwieciście.

  6. Powyższe komentarze, szczególnie Pana „życzliwego” to głos kogoś z linii lotniczych? Linia lotnicza stosując overbooking musi wziąć na siebie też związane z tym ryzyko, a nie przerzucac je na pasażera.

    • Linie biorą codziennie ryzyko na siebie. Średnio 5% pasażerów nie pojawia się na rejs, który kupili. Przeważnie korzystają z możliwości zmiany rezerwacji lub wgl nie muszą lecieć. Nie ma możliwości ukarania pasażera za coś takiego, to dlatego linie zaczęły stosować overbookingi. W 90% nic się nie dzieje, a jak już jest tego typu sytuacja to praktycznie zawsze znajdzie się ktoś kto poleci pare godzin później lub z przesiadką w zamian za 250-300 euro. Ale w wypadku jak nie ma takiej osoby, decyduje kolejność potwierdzenia, że tego dnia dany pasażer zjawi się na lotnisku czyli odprawa. Doleciał pare godzin później, należy mu się 250-300 euro od osoby, zwrot kosztów za dodatkowe wydatki tego dnia. Myśle, że na tym nie stracił, to było ryzyko linii i teraz za to trochę zapłaci.

  7. Ludzie. Czy wy jesteście normalni. A gdzie jest normalna ludzką godność i zaplanowane wakacje z rodziną. To prawo gorsze od faszyzmu. Ale tak mają wielkie korporacje.

  8. Wszystkim autorom zgryźliwych komentarzy z całego serca życzę powtórki z tych atrakcji. Albo chociaż utraty bagażu.

  9. Masakra. Współczuję podróżującym. Będę uważać na takie sytuacje bo nie zdawałam sobie sprawy, że mogą się zdarzyć…

  10. Od razu widać, że komentarze są pisane przez osoby, które samolot widziały w telewizji, albo są opłacane przez przewoznika.
    W normalnych liniach lotniczych szuka się osób, które dobrowolnie rezygnują z tego lotu. Dostaję się wtedy status boarding pass standby.
    Wtedy jako VDB (gdy zgłaszamy się na ochotnika) negocjujemy stawkę odszkodowania plus dodatkowo inną siatkę połączeń. Zazwyczaj w klasach wyżej. Obie strony są win-win.
    Jednak nasz państwowy przewoznik woli opłacać komentarze w internecie niż równać do lepszych.

    • „W normalnych liniach lotniczych szuka się osób, które dobrowolnie rezygnują z tego lotu. Dostaję się wtedy status boarding pass standby.”
      Nie wiem czy to standard, ale bylam swiadkiem dokladnie takiej sytuacji na trasie KRK – WWA 2 tygodnie temu (LOT).

  11. Dlatego olewam serdecznie wszelkie wyjazdy przy pomocy takich Januszowych przewoźników latających czyli nie tylko LOT ale także Lufthansa czy inny shit. Wolę wakacje w polskich górach, Bieszczadach albo na Mazurach. A jeśli już miałbym wybrać się na wakacje np do Chorwacji to wole jechać własnym samochodem i po drodze do celu zobaczyć np czeską Prage, potem Wiedeń, potem np Wenecje i do celu do Chorwacji bez pośpiechu.

  12. Oprocz oczywistych klopotow i kumulacji pecha – szkoda, że akurat trafiło na kogoś kto latać nie lubi. I wiem co mówię, bo kiedys mialem podobnie. Znalazlem specjalne zajęcia, pokochaj latanie i zabezpieczylem się trochę przed mega stresem za kazdym razem kiedy lecę i jestem świadomy overbookingu. Teraz przynajmniej latam spokojniej.

  13. Gwiazda takiego formatu i tak znana powinna lecieć samodzielnie czarterem a nie PLL LOT 😁

  14. Normalnie chłop powinien dostać prywatny samolot, no taka gwizda. Niech się teraz obrazi i lata Lufthansą.

  15. To że walizka wyleciała na taśmociągu kiedy były już walizki z Wiednia nie oznacza że tam była. Panie artysto, widać jesteś pan ogólnie mówiąc pierdoła jeżeli chodzi o dalsze podróże niż jazda autobusem komunikacji miejskiej. Widać że synek który brawurowo skończył szkołe również jest życiowa pi..da, ale tak to jest jak wychowuje się dziecko bedać już po 50.

  16. Proszę o zablokowanie użytkownika „wieprz”. To hejt. Prawo powinno się „zaopiekować” takim….czymś.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz
Please enter your name here