To była spontaniczna decyzja: lecimy na Maderę! Bez wielotygodniowego planowania, bez rozpiski co do minuty. Po prostu znaleźliśmy bezpośrednie bilety z Katowic w typowej cenie około 700 zł, klik – kupione, a do tego rezerwacja noclegów w dwóch lokalizacjach, żeby lepiej poznać wyspę. Najpierw stolica Funchal, a potem zachodnia część Madery. Nie miałam wątpliwości, że nie zobaczę wszystkiego co chciałabym, że będzie to podróż pełna kompromisów. 😉
Spakowaliśmy się w bagaż podręczny i wyruszyliśmy w podróż. Termin: 11–18 stycznia, czyli idealny moment, by odetchnąć od polskiej zimy. Madera w styczniu czekała, żeby ją odkryć.
Spokojny lot i słynne lotnisko na Maderze
W samolocie siedzieliśmy… każdy osobno, bo nie dopłacaliśmy za miejsca. Dzięki temu miałam okazję poznać przemiłą rodzinę z Warszawy — Magdę i jej ekipę — których serdecznie z tego miejsca pozdrawiam. 🙂 Pod koniec lotu rozmowy zeszły na temat umiejętności pilota i trudności słynnego lotniska na Maderze.
I rzeczywiście — lotnisko w Funchal uchodzi za jedno z najbardziej charakterystycznych w Europie. Kiedyś miało bardzo krótki pas startowy, otoczony górami i oceanem. Dziś pas ma już ponad 2700 metrów, a jego część została „zawieszona” nad wodą na betonowych kolumnach. Piloci latający tu muszą przejść specjalne szkolenia, bo podejścia bywają wymagające ze względu na zmiany wiatru.
Mimo swojej legendy, większość lądowań — w tym nasze — jest spokojna i całkowicie bezpieczna. Po przyziemieniu ogarnęła nas euforia: jesteśmy tu! Na Maderze! Na środku Atlantyku.
Lotnisko nosi imię Cristiano Ronaldo, najbardziej znanego mieszkańca wyspy. Już w terminalu przywitało nas jego popiersie, a chwilę później odebraliśmy zarezerwowany samochód z firmy Sixt.


Pierwsze wrażenia z wyspy – Madera w styczniu
Już widok z okolic wypożyczalni zapierał nasz dech — ciepły styczniowy wieczór, pomarańczowo-różowe niebo po zachodzie słońca, palmy, iglaste drzewa Madery i ocean w tle. Potem w drodze do hotelu, już po zachodzie słońca, każdy zakręt, tunel i światło wywoływały zachwyty.

Pierwszy nocleg mieliśmy w Pestana CR7 Funchal, hotelu powstałym we współpracy z Cristiano Ronaldo. Położony tuż przy porcie, dawał nam widok na ogromne wycieczkowce zawijające do miasta — dla nas wszystkich była to ogromna atrakcja.
Hotel oferował pyszne śniadania i kolacje, a także basen i jacuzzi na dachu, z których korzystaliśmy nawet w styczniu. Goście hotelowi otrzymują również bezpłatny wstęp do pobliskiego Muzeum CR7, które planowaliśmy odwiedzić później.




Dzień 1: kapryśna pogoda i ucieczka za słońcem na północ wyspy
Funchal przywitało nas deszczowym porankiem. Typowe dla Madery zimą — pogoda potrafi zmieniać się z minuty na minutę. Szybko sprawdziliśmy prognozy: po drugiej stronie wyspy, w Seixal i Porto Moniz, miało nie padać. Ruszyliśmy więc w trasę.
Po drodze – wodospady, mgły i bujna roślinność
Za dnia przyroda Madery zachwyciła nas jeszcze bardziej. Co kilkaset metrów mijaliśmy wodospady spadające tuż przy drodze, lasy laurowe (pozostałość po pradawnym lesie Laurissilva wpisanym na UNESCO), tarasy plantacji bananowców i zielone klify. Tak właśnie prezentuje się Madera w styczniu.
A do tego tęcze — Madera zimą to prawdziwe „tęczowe królestwo”.






Seixal – czarna plaża jak z planu filmowego
Pierwszy przystanek: Seixal.
Tutaj okazało się później, że warto jednak przygotowywać się do podróży. Kiedy zatrzymaliśmy się w Seixal, nie mieliśmy nawet świadomości, że warto zobaczyć tutaj jakąś konkretną plażę. A trzeba dodać, że plaż na Maderze nie ma zbyt wiele. Praia do Porto do Seixal to jedna z najbardziej fotogenicznych plaż na wyspie:
- czarny, wulkaniczny piasek,
- turkusowa woda,
- ogromne klify,
- gęsta zieleń spływająca po zboczach,
- tęcze niemal cały czas obecne na horyzoncie.
Wygląda to jak gotowy kadr do filmu typu Błękitna Laguna. Nas to jednak ominęło. 🙁 Zamiast tego zobaczyliśmy w Seixal piękne małe zatoczki wśród przybrzeżnych skał. Wydało nam się to wystarczająco zachwycające. Chciałam się nawet tam wykąpać…


Tutaj chciałam wejść do wody…
Porto Moniz – żywioł oceanu i naturalne baseny
Kolejny punkt to Porto Moniz, znane z naturalnych basenów wypełnionych wodą oceaniczną. Gdy tam dojechaliśmy, chmury się rozstąpiły, a słońce wyszło zza gór.
Zanim dotarliśmy do basenów, naszą uwagę przykuł przepiękny spektakl morskich fal rozbryzgujących się z wielką mocą o nabrzeżne skały. Był to hipnotyzujący pokaz siły oceanu.




Naturalne baseny w Porto Moniz
To one przyciągają tutaj ludzi jako unikatowa atrakcja. Na miejscu są dwa kompleksy:
- dzikie, nieregularne baseny naturalne,
- oraz bardziej „cywilizowane”, bezpieczniejsze baseny Lido.
Niestety tego dnia wszystkie były nieczynne. Myślę, że, i tak nikt rozsądny nie wskoczyłby do wody — fale były zbyt potężne.




Zjedliśmy obiad w restauracji Sea View — nazwa nie kłamie. Tuż nad oceanem, w otoczeniu skał i fal, z doskonałym widokiem.

Co jeszcze można robić w Porto Moniz?
- przespacerować się promenadą nad oceanem,
- odwiedzić malowniczy punkt widokowy Miradouro da Santa,
- zrobić sobie zdjęcie na tle skał Ribeira da Janela i słynnej „Smoczej Głowy”,
- odwiedzić interaktywne muzeum Centro Ciência Viva.
Po intensywnym dniu wróciliśmy do hotelu, a wieczorem wybraliśmy się jeszcze na spokojny spacer po Funchal.
Dzień 2: wschód słońca na Ponta de São Lourenço
Rankiem pojechaliśmy na wschód słońca na Ponta de São Lourenço, najbardziej surowy, ale dla nas najpiękniejszy fragment wyspy. Pojechaliśmy sami. Nasi nastolatkowie nie zgłosili woli uczestniczenia w tej eskapadzie. 😉
W styczniu słońce wschodzi tu około 7:45–7:55, więc nie trzeba wstawać zbyt wcześnie. Byliśmy na szlaku praktycznie sami. Przestrzeń tego miejsca nas urzekła. Niestety zachmurzenie tamtego ranka nie pozwoliło nam podziwiać piękna wschodzącego słońca.
Przeszliśmy część trasy i mimo chmur zakochaliśmy się w tym miejscu. Zdecydowaliśmy, że wrócimy tu z chłopakami. Już o bardziej możliwej porze. 😉




Dzień 3: Achadas da Cruz i lewada na Ponta do Pargo
Po śniadaniu wyruszyliśmy na zachód wyspy.
Achadas da Cruz
To jedna z najbardziej stromych kolejek gondolowych w Europie — zjeżdża niemal pionowo na wybrzeże Fajã da Quebrada Nova. Widoki są bajeczne: pionowe klify, zielone tarasy, huczący ocean. Jednak w dniu, w którym przyjechaliśmy odbyć podróż tą kolejką, była niestety nieczynna. Wiał zbyt silny wiatr.


Zamiast zjeżdżać na dół, zadekowaliśmy się w tamtejszej knajpce, żeby w miłych okolicznościach, z pięknym widokiem schronić się na chwilę od wiatru.
Lewada w Ponta do Pargo – Madera w styczniu
Następnie ruszyliśmy na spokojny szlak lewad w okolicach Ponta do Pargo.
Było ciepło, wilgotno, soczyście zielono i momentami całkiem „ekstremalnie”, umoczyłam jednego buta w lewadzie. 😉 Byliśmy tam sami, nie spotkaliśmy żadnych innych turystów.










Zachód słońca przy latarni morskiej
Dzień zakończyliśmy na klifach pod Farol da Ponta do Pargo, skąd roztaczają się jedne z najpiękniejszych zachodów słońca na wyspie. Wiatr był tak silny, że mieliśmy wrażenie, iż nas zdmuchnie — ale widok wynagradzał wszystko.

Dzień 4: Funchal za dnia + polskie ślady na Maderze
Kolejnego dnia pogoda w Funchal była bardzo sprzyjająca — słońce, błękitne niebo, ciepło. Poszliśmy na spacer do pięknego, ukwieconego ogrodu, który znajduje się tuż za hotelem: Parque de Santa Catarina. Rozciągają się stamtąd wspaniałe widoki na ocean i na port.





Po chwili baraszkowania w parku, w związku z piękną pogodą chłopcy wrócili na hotelowy basen i jacuzzi, a my ruszyliśmy zobaczyć Funchal w ciągu dnia.
Miasto okazało się pełne życia, kolorów i spokojnej energii. Po mieście przechadza się lekko — wszędzie jest zieleń, kwiaty, małe kawiarnie i widoki na ocean.



Polskie ślady w Funchal – popiersie Józefa Piłsudskiego
W trakcie spaceru natknęliśmy się na niezwykły, bardzo „nasz” akcent: popiersie Józefa Piłsudskiego stojące przy Rua João Tavira, pomiędzy Rua do Aljube a Avenida do Mar.
To miejsce ma piękną historię. W 1930 roku Piłsudski, zmagający się z problemami zdrowotnymi, przyjechał na Maderę na kilkutygodniową kurację. Klimat wyspy miał mu przynieść ulgę — mieszkał w rezydencji Quinta Bettencourt, spacerował po ogrodach, a jego pobyt stał się lokalną ciekawostką.
Popiersie stoi tu jako pamiątka tamtej wizyty — jeden z nielicznych pomników polskiego bohatera narodowego poza granicami kraju. To miłe uczucie zobaczyć kawałek polskiej historii tak daleko od domu.
Zachód słońca na Pico do Arieiro
Na zachód słońca postanowiliśmy pojechać na Pico do Arieiro. W Funchal zaczęło mżyć, a my wiedzieliśmy, że nad chmurami rozegra się spektakl.
Na górze było jedynie kilka stopni, ale widoki były absolutnie wspaniałe: chmury pod nami, złote światło zachodu i surowe grzbiety gór. Madera potrafi w styczniu zaskoczyć zarówno ciepłem, jak i górskim chłodem.



Dzień 5: Muzeum CR7 i przeprowadzka na zachód wyspy
Następnego dnia odwiedziliśmy Muzeum CR7. To była nasza ostatnia szansa, żeby skorzystać z darmowego wejścia jako goście hotelowi.
Historia Ronaldo — od chłopca z biednej rodziny do światowej gwiazdy — była dla naszych synów bardzo inspirująca. Po obejrzeniu setek pucharów, Złotych Piłek i zdjęć z dzieciństwa, chłopcy wyszli pełni energii.






Po wizycie w muzeum CR7, pełni wrażeń i nowych pokładów motywacji u chłopaków, pojechaliśmy wszyscy razem na Ponta de São Lourenço. Tym razem nie na wschód słońca, ale żeby przejść całą trasę aż na sam koniec półwyspu. Było trochę ludzi — to jedno z popularniejszych miejsc na wyspie — ale szlak jest na tyle długi i przestrzenny, że każdy bez problemu znajduje swój kawałek ciszy i przestrzeni.
Spacer był wspaniały: surowy, skalisty krajobraz, ciągle zmieniające się kolory klifów, błękit oceanu z obu stron i wiatr, który dodawał wszystkiemu dramatyzmu. Chłopcy biegali po skałach jak górskie kozice, przeskakując z kamienia na kamień z niewiarygodną lekkością. My szliśmy wolniej, chłonąc każdy widok i mając poczucie, że to jedno z tych miejsc na świecie, które naprawdę zostają w człowieku na długo.








Po południu przenieśliśmy się do naszej nowej bazy: Madeira Sunset Cottage – Nature Retreat.
Mały drewniany domek otoczony kwiatami, zielenią i kamiennymi domkami dawał zupełnie inny odbiór pobytu na Maderze.
Jedynym minusem były bardzo silne zachodnie wiatry, które nocą potrafiły solidnie zatrząść całym domkiem — jego ściany były dość cienkie. Mimo to spacery po okolicy były przepiękne.














Wokół prawie nie było turystów więc w spokoju można było chłonąć krajobrazy. Zachwycały mnie nawet drzwi, z których schodziła farba. Kolory w związku z tym były niesamowicie intrygujące.
Błądząc po okolicy, trafiłam do baru Pedravista, gdzie spróbowałam lokalnej zupy Açorda Madeirense — czosnkowej, gęstej, prostej i bardzo smacznej. A potem jeszcze wypiłam kawę. To są jedne z tych momentów kiedy podróż smakuje jeszcze lepiej.




Ostatni dzień: Cabo Girão i spokojne pożegnanie z Funchal
Czas na wyspie szybko minął. W dniu powrotu zdążyliśmy jeszcze zobaczyć słynny klif Cabo Girão — jeden z najwyższych w Europie, liczący 589 m. Szklana platforma widokowa zdecydowanie robi wrażenie.
Ostatnie chwile w Funchal
Pozostały nam już tylko spokojne godziny w mieście. Przeszliśmy się przez:
- Stare Miasto (Zona Velha) z malowanymi drzwiami,
- Mercado dos Lavradores,
- Katedrę Sé,
- Avenida Arriaga,
- nadmorską promenadę i port.
Nie zobaczyliśmy wszystkiego, ale to najlepszy powód, żeby wrócić.



Podsumowanie: Madera w styczniu — idealna na spokojną, rodzinną podróż
Po pierwsze pobyt w jednym miejscu na cały tydzień na Maderze byłby równie dobrym pomysłem. Funchal jest bardzo dobrze skomunikowane z całą wyspa, w ona sama nie jest zbyt duża. Pokonywanie dystansów z jednej lokalizacji do kolejnej nie zajmuje zbyt dużo czasu. Drogi jak i tunele na Maderze są nowoczesne i w świetnej kondycji.
Na pewno ten wyjazd był pełen spokoju, pięknych widoków, zimowych zachodów słońca i dostosowywania się do pogody. Każdy robił to na co miał ochotę i w rezultacie z niejakim żalem przyznaję, że chłopcy mogliby przeżyć na Maderze więcej, gdyby tylko chcieli.
Najważniejsze jednak, że był to rodzinny czas spędzony razem — na rozmowach, wspólnych wędrówkach i zachwytach nad naturą.
Madera nas oczarowała.
Na pewno tam wrócimy — żeby zobaczyć to, czego nie zdążyliśmy, i poczuć tę wyjątkową energię Atlantyku jeszcze raz.
Przeczytaj też: Najlepsze hotele na Maderze – wakacje marzeń w Portugalii

