Przynajmniej raz w roku wyruszamy razem w naszą babską podróż. Tym razem wybrałyśmy Sardynię, a konkretnie jej północną część. Kupiłyśmy bilety do Alghero w bardzo okazyjnych cenach na kilka miesięcy wcześniej i czekałyśmy jak na szpilkach na początek października.
Sobota – lot, pierwsze (i ostatnie) nastro azzurro i bakłażan z mikrofali, który smakował molto bene
Wystartowałyśmy 4 października z Katowic o 10 rano. Każda z nas z małym bagażem podręcznym, który powinien zmieścić się pod fotelem i… oczywiście torebką. Największym stresem nie był lot, tylko to, czy Ryanair nie każe nam dopłacać za te torebki. Skończyło się dobrze — udało się wszystko „wmontować w sylwetkę” i nikt z obsługi się nie przyczepił.
Lot trwał około dwóch godzin i przebiegł bez żadnych zakłóceń.
Po wylądowaniu w Alghero zachwyciła nas piękna pogoda i cudne niebo. Chwilę potem odebrałyśmy samochód od Polki, Izy, która pracuje w lokalnej wypożyczalni. Iza okazała się być bardzo sympatyczną osobą, formalności poszły gładko, a my ruszyłyśmy w stronę Cannigione, gdzie miałyśmy pierwszy nocleg. Iza poradziła nam, żebyśmy po drodze zatrzymały się na obiad, jako, że pory posiłków na Sardynii, jak i wszędzie w Italii są nieubłagane. Albo zjesz wtedy kiedy wszyscy, czyli między 12 a 15, albo zostaje ci jakaś kanapka.



W połowie drogi zatrzymałyśmy się zatem w małej miejscowości na obiad – nazwy miasteczka już nie pamiętamy, ale pamiętamy piwo Nastro Azzurro i właściciela lokalu, który bez zbędnych ceregieli podał nam jedzenie… podgrzane ze sklepowych gotowców. Na szczęście o tym, że jedzenie było z tacki dowiedziałyśmy się post factum. Była to jakaś bakłażanowa lasagna, ale okazała się zaskakująco smaczna. W tamtym momencie wszystko po prostu smakowało „jak należy”.
Późnym popołudniem dotarłyśmy do Cannigione. Nasze mieszkanko miało piękny widok na zatokę, a tuż obok znajdował się sklep Spar, który od razu stał się naszym centrum zaopatrzenia. Kupiłyśmy ciepłą focaccię, świeży chleb, sery, oliwki i winogrona – zestaw idealny na kolację i planowane poranne śniadania na tarasie.
Było ciepło, spokojnie i od razu poczułyśmy, że dobrze wybrałyśmy termin.









Niedziela – leniwy poranek, San Pantaleo i Porto Cervo poza sezonem
Rano zjadłyśmy pierwsze śniadanie na tarasie — sardyńskie produkty smakują jeszcze lepiej z widokiem na wodę. Nigdzie nam się nie śpieszyło. Cieszyłyśmy się ciepłem, widokiem, jedzonkiem i swoim towarzystwem. Potem ruszyłyśmy na zwiedzanie.
Pierwszy przystanek – San Pantaleo, małe miasteczko położone wśród majestatycznych granitowych gór i skał. Bardzo malownicze, klimatyczne, artystyczne i spokojne. Idealne na spacer i kawę.
Z San Pantaleo wiąże się ciekawa historia. Architekci tworzący Costa Smeralda (czyli Szmaragdowe Wybrzeże, bo tak nazywa się luksusowy i przepiękny odcinek północno wschodniego wybrzeża Sardynii) w latach 60. XX wieku, tacy jak Jacques Couëlle i Luigi Vietti, inspirowali się właśnie prostotą i organicznymi formami zabudowy San Pantaleo. Starali się połączyć luksus z lokalnym charakterem, tworząc budynki harmonijnie wpisujące się w krajobraz i nawiązujące do sardyńskiego stylu wiejskiego.
Ten wpływ architektury San Pantaleo można odnaleźć w wielu miejscach na Costa Smeralda, szczególnie w takich lokalizacjach jak Porto Cervo, Porto Rotondo i Baja Sardinia. W Porto Cervo widać go w nieregularnych, organicznych kształtach budynków, wąskich uliczkach i użyciu lokalnego kamienia oraz tynku w naturalnych kolorach ziemi. W Porto Rotondo architekci inspirowali się układem tradycyjnych wiosek, tworząc przestrzenie przypominające sardyńskie piazze otoczone niską, harmonijną zabudową. Nawet w luksusowych willach rozrzuconych po wybrzeżu widać ten wpływ — poprzez ręcznie wykonane detale, naturalne materiały i architekturę wtapiającą się w krajobraz.








Ostatecznie w San Pantaleo kawy nie wypiłyśmy tylko po drodze do Porto Cervo zatrzymałyśmy się na niedzielny obiad w przydrożnej restauracji La Belvedere. Restauracja była pełna lokalnych mieszkańców, którzy spożywali swój niedzielny obiad w rodzinnym gronie.
Następnie pojechałyśmy do Porto Cervo, które słynie z luksusu i jachtów. Tymczasem w październiku okazało się zaskakująco spokojne. Marina była prawie pusta, a łodzie – bardziej „porządne” niż imponujące. Za to butiki topowych marek działały normalnie, choć klientów było niewielu. Miałyśmy wrażenie, że to miejsce ma już swoje największe czasy świetności za sobą – albo po prostu sezon letni to zupełnie inna rzeczywistość.





Poniedziałek – rejs, który prawie się nie odbył
Rejs katamaranem po archipelagu La Maddalena miałyśmy zarezerwowany pierwotnie na niedzielę. W sobotę wieczorem przyszła jednak wiadomość od operatora Zafiro Experience, że ze względu na prognozy silnego wiatru muszą go odwołać. Zaproponowali, byśmy przeniosły rezerwację na poniedziałek i zaoferowali obniżkę ceny z 138 do 100 euro, pod warunkiem, że anulujemy wcześniejszą rezerwację na platformie CheckYeti i zapłacimy gotówką na miejscu.
Zgodziłyśmy się — ale po zwrocie pieniędzy na karcie kredytowej okazało się, że wróciło mniej o około 100 euro. Najwyraźniej różnice kursowe i prowizje zrobiły swoje. Oszczędność okazała się dyskusyjna.
Na szczęście sam rejs z Palau po archipelagu La Maddalena wynagrodził wszystko. Cieszyłyśmy się, że zdecydowałyśmy się na kameralny rejs, w którym mogło uczestniczyć tylko 12 osób. Towarzyszyła nam przemiła załoga w osobie Marco i Federiki, a jedzenie i napitki także były pierwszorzędne.
Poza sezonem na wodzie było mało innych jednostek, a woda wyjątkowo czysta. Płynęliśmy w stronę słynnej Spiaggia Rosa – Różowej Plaży na Isola di Budelli. Można ją oglądać jedynie z daleka i trzeba przyznać, że nie zrobiła na nas piorunującego wrażenia. Ponoć większość warstwy plaży, która miała kiedyś różowe zabarwienie została już przed laty zebrana przez turystów… Spiaggia Rosa zawdzięcza(ła) swój charakterystyczny różowy kolor piasku fragmentom muszli i szkieletom mikroorganizmów, m.in. Miniacina miniacea. Kolor plaży podobno powoli się regeneruje dzięki ochronie.













Federica opowiedziała nam ciekawą historię: przez 30 lat mieszkał przy Spiaggia Rosa samotnie mężczyzna, w małym, kamiennym domku stojącym przy plaży. Widziałyśmy ten domek z naszego katamaranu. Mężczyzna strzegł plaży przed turystami, żył ponoć zupełnie sam. Zmarł niedawno, ale w lokalnych opowieściach wciąż funkcjonuje jako „strażnik Spiaggia Rosa”.
Wtorek – Alghero i La Pelosa
Po rejsie przeniosłyśmy się na dwa noclegi do Alghero. Wieczorem zjadłyśmy kolację w lokalnej restauracyjce, którą polecił nam gospodarz mieszkania. Polecajka była bardzo dobra: nie pamiętam kiedy jadłam lepszą pizzę z grzybami!






Następnego dnia zwiedzałyśmy stare miasto w Alghero, które ma wyraźnie kataloński charakter – brukowane uliczki, mury nad morzem, ozdobne kościoły. Zjadłyśmy też obowiązkowe lody. Później pojechałyśmy na słynną plażę La Pelosa.






Wejście na nią wymaga wcześniejszej rezerwacji online i nawet w październiku było to pilnowane. Plaża jest zadbana, woda jasnoniebieska, widok na średniowieczną wieżę robi wrażenie. Nawet jak na październik na plaży było w naszym odczuciu jednak sporo ludzi. Biorąc pod uwagę ilość pięknych, ustronnych plaż w tamtym regionie, mogłyśmy spędzić ten czas równie dobrze na innej, pięknej plaży, która była niemalże pusta. Mamy jednak poczucie, że gdzie jak gdzie, ale na La Pelosa to byłyśmy!
Środa – pożegnanie z Sardynią
Ostatniego dnia szykowałyśmy się już do powrotu do domu, ale zanim zamknęłyśmy walizki, pod domem zaczął rozstawiać się targ z lokalnymi produktami. Sery, oliwki, miody, wędliny — wszystko kusiło. Gdybyśmy miały większy bagaż, wróciłybyśmy z jakimiś lokalnymi wiktuałami.
Podsumowanie
Październik okazał się idealnym terminem – ciepło, ale nie upalnie, mniej turystów, spokojniejsze drogi i plaże. Miejsca, które latem pewnie tętnią życiem, jesienią mają bardziej naturalny rytm.
To była udana, różnorodna podróż: trochę zwiedzania, trochę plażowania, jeden rejs z przygodami i dużo dobrego jedzenia. Każda z nas wróciła z poczuciem, że Sardynia ma w sobie coś bardzo prawdziwego – prostotę, luz i smak, którego nie da się podrobić. A Costa Smeralda z białymi plażyczkami i krystaliczną wodą urzekła nas swoim dziewiczym pięknem. Na pewno tam wrócimy!
Autorkami większości zdjęć są Joanna, Ola, Agata, Kamila lub Olga.

