Wyszukiwarka biletów lotniczych

przelot złożony
1 pasażer
  • Dorośli od 18 lat-1+
  • Młodzież 12-18 lat-0+
  • Dzieci 2-12 lat-0+
  • Niemowlęta do 2 lat-0+
  • Wybierz
Szukaj
  • polska firma
  • 20 lat na rynku
  • 500 000 klientów
  • bezpieczne płatności
  • gwarancja najniższej ceny
Wszystkie linie lotnicze. Rezerwuj wygodnie.

Azory: Spotkanie z São Miguel

Azory: Spotkanie z São Miguel

Azory do niedawna pozostawały w sferze marzeń nie tylko zwykłych turystów, ale i wielu doświadczonych podróżników. Ten niemal nieskalany urbanizacją archipelag, leżący na Oceanie Atlantyckim 1400 kilometrów na zachód od kontynentalnej Europy, wydawał się być na zawsze odseparowany od reszty świata. Mimo to wzbudzał podziw i zachwyt nawet tych, których styczność z nim ograniczała się jedynie do zasłyszanych opowieści i incydentalnych informacji ze środków masowego przekazu. Spora część społeczeństwa z pewnością do dziś nie wie o jego istnieniu, a szczególnie Krakusom prędzej przyjdzie na myśl nazwa miejscowego osiedla niż odległych 9 wysp. Bądź co bądź ich skojarzenie jest jak najbardziej trafne, jako że nawiązuje do historii związanej z katastrofą polskich lotników na Graciosie z ubiegłego stulecia.

Pomysł na odwiedzenie Azorów, a właściwie ich największej wyspy narodził się w lutym 2015 roku na wieść, że swoje loty z Lizbony od kwietnia zainaugurują irlandzkie tanie linie lotnicze. Jako, że na stałe przebywałem wtedy w Hiszpanii, stolica sąsiedniej Portugalii była w zasięgu ręki bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Podjęcie oczywistej decyzji nie zajęło więc dłużej niż kwadrans, a jedynym zmartwieniem pozostawał wybór odpowiedniego hotelu i przemierzenie trasy z andaluzyjskiej Huelvy możliwie jak najmniejszym kosztem. Obie kwestie dość szybko zostały rozwiązane, lecz pomimo dużego wysiłku nie udało się sprawić by ten ekscytujący wyjazd był równie udany pod względem ekonomicznym. W ostatecznym rozrachunku 200EUR wydane na transport i cztery noce w trzygwiazdkowym hotelu znacznie uszczupliło budżet, ale jak się okazało nie żałowałem później żadnego wydanego centa.

Piątkowy lot trwał około 2 godzin nie dając się szczególnie we znaki, tym bardziej że minął na zajmującej rozmowie z moim holenderskim towarzyszem podróży oraz siedzącym tuż obok Portugalczykiem, lecącym odwiedzić narzeczoną po raz już niezliczony. Z niedowierzaniem przyjęliśmy jego brak ekscytacji, co jak się okazało było wynikiem częstych wizyt i spowszednieniem rajskich widoków. Mimo wszystko w jego głosie czuć było duże zadowolenie, iż wraz z pojawieniem się nowego, konkurencyjnego przewoźnika wydaje teraz prawie dwa razy mniej na bilety, a w zasadzie tyle samo, bo odtąd podwoił częstotliwość swoich lotów w tym kierunku. Przy okazji otrzymaliśmy kilka cennych wskazówek i informacji na temat samej wyspy i jej mieszkańców. Dokładnie o godzinie 11.20, 17 kwietnia pilot miękko wylądował w Ponta Delgada, a my postawiliśmy stopę na płycie lotniska Jana Pawła II. To w geście hołdu za wizytę z 11 maja 1991 roku nazwano je imieniem papieża Polaka.

Krótko po opuszczeniu samolotu byliśmy już zakwaterowani, bowiem odległość lotniska od usytuowanego w centrum hotelu wynosiła niespełna 5 kilometrów. Chwila odpoczynku i wreszcie nadszedł czas bliższego poznania miasta i niespodziewanej konfrontacji oczekiwań z rzeczywistą, lokalną pogodą. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że błękitne niebo i wręcz parzące promienie słoneczne zwiastują typowo wakacyjną pogodę. Jak mylne było to myślenie uświadomiły nam kolejne godziny i rozmowy z napotkanymi tubylcami. Nie bez powodu wspominali oni o czterech porach roku możliwych do zaobserwowania w ciągu nawet jednego dnia. Z każdą minutą przekonywaliśmy się, że wystarczy kilka chwil by warunki zmusiły nas do zmiany ubrań z letnich na zimowe, czy też przeciwdeszczowe. Jakby tego było mało, wszystkim irracjonalnym zjawiskom dopełniał porywisty wiatr, będący też przyczyną pojawiania się niepożądanych przez nas chmur.

Wracając do samej stolicy wyspy São Miguel, Ponta Delgada zaskoczyła zabudową i, ku zdziwieniu wszechobecną pustką. Na przybrzeżnych ulicach przechadzali się przybysze, głównie Amerykanie i garstka innych nacji. Po chwilowej obserwacji można było poniekąd wytłumaczyć to przede wszystkim usytuowaniem restauracji w tym rejonie, niskim sezonem, ale chyba najbardziej trafnie zaletą archipelagu - brakiem masowej turystyki. I ten temat zajął nam większą część wieczoru, zastanawiając się czy niskobudżetowe połączenia nie zabiją uroku i spokoju, których można tam zaznać. Szczególnie, gdy wokół urzeka typowy styl budynków i domów, przeważających bielą z dodatkiem czarnych kamieni do złudzenia przywołujących obraz skał wulkanicznych budujących wyspę. Na koniec bogatego w doświadczenia dnia nie zabrakło wizyty w jedynym okolicznym barze z muzyką na żywo i butelką piwa Super Bock. Pierwsze pozytywne, choć zaskakujące wrażenia właśnie były za nami.


INFO: Zapraszam na stronę www.dudeenroute.wordpress.com i facebook.com/dudeenroute, gdzie publikuję podróżnicze treści, relację i promocje.

Nawigacja dodatkowa