To nie był planowany od lat i wymarzony przeze mnie kierunek podróży. Los jednak zarządził, że nasze dzieci postanowiły tam chwilowo wyemigrować i poleciałam w zacnym towarzystwie Marioli i Marcina je odwiedzić. Los wiedział co robi posyłając mnie na tę odległą wyspę. Ukazało się moim oczom i sercu niezwykłe piękno islandzkiej przyrody, które wielokrotnie podczas tej podróży wzruszyło mnie do łez.
W relacji z naszej podróży przedstawię Wam piękne miejsca, które odwiedziliśmy. Przekonacie się, że październik to bardzo dobry czas na wizytę na Islandii. Będzie też wiele kwestii praktycznych tj.: ile taka podróż kosztuje, wynajem samochodu, płatności revolutem, wynajem mieszkań, parkingi i wiele innych. Zapraszam Was do lektury.
🇮🇸 Od mgły w Keflavíku po tęczę nad Skógafoss
Lot z Katowic wystartował we wtorek 14 października o 6 rano. W samolocie miałam miejsce obok nieznajomej dziewczyny, Oli, z którą przegadałyśmy trzy z czterech godzin podróży. Lubię rozmawiać z ludźmi w samolocie. Kieruję się zasadą, że każdy nieznajomy to potencjalny przyjaciel.
Historia Oli od razu mnie zaintrygowała — dziewczyna co miesiąc lata na zaledwie jeden tydzień na Islandię gdzie pracuje na nocnej zmianie w recepcji hotelu. Zarobki z takiego tygodnia pracy pozwalają jej przez resztę miesiąca swobodnie podróżować po świecie i nie wydać wszystkiego! Spodobało mi się to bardzo — życie na własnych zasadach i w ciągłej podróży.
Keflavík – pierwsze kroki w krainie mgieł i wiatru
Wylądowaliśmy o 8 rano czasu lokalnego w Keflavíku (kiedy w Polsce mamy czas letni, na Islandii jest dwie godziny wcześniej. Kiedy natomiast u nas czas zmienia się na zimowy, dystans się skraca i jest tylko jedną godzinę wcześniej. Na Islandii nie zmieniają czasu na zimowy).

Powietrze było rześkie, a gęsta mgła osnuwała całe lotnisko. Od razu udaliśmy się do stanowiska Europcar, gdzie czekała na nas rezerwacja samochodu. Kierowcą naszej wyprawy został Marcin. Mieliśmy pełne ubezpieczenie, ale pani z obsługi ostrzegła nas, że na Islandii obowiązuje ograniczenie prędkości do 90 km/h. Wtedy wydawało się to drobiazgiem — ale jak się później okaże, ta informacja miała spore znaczenie po zakończeniu podróży…
Z kluczykami w dłoni wyruszyliśmy szukać naszej Dacii Duster, która czekała na nas gdzieś w mlecznej mgle. Jeszcze zanim wypiliśmy pierwszą kawę, trafiliśmy na Polkę obsługującą w lotniskowej kawiarni. Okazało się, że to dopiero początek — Polaków spotykaliśmy potem na każdym kroku.



Reykjavík – spotkanie z naszymi przewodnikami
Po wypiciu kawy i zjedzeniu islandzkiej bułeczki wyruszyliśmy w stronę Reykjavíku, by spotkać nasze dzieci — naszych przewodników po tej niezwykłej wyspie. Pierwszym wspólnym przystankiem było Þingvellir.
Þingvellir – miejsce, gdzie rodzi się ziemia i historia

Þingvellir (czyt. Thingvellir) to park narodowy wpisany na listę UNESCO. To tu spotykają się dwie płyty tektoniczne – euroazjatycka i północnoamerykańska – które co roku oddalają się od siebie o ok. 2 cm, dosłownie rozrywając Islandię na dwie części.
To także miejsce o ogromnym znaczeniu historycznym – już w 930 roku zbierał się tu Althing, najstarszy parlament świata. Dziś można spacerować po dolinie riftowej, podziwiać krystaliczne szczeliny wypełnione lodowatą wodą i czuć, że stoi się w miejscu, gdzie historia i geologia splatają się w jedno.








Grímsnes-og Grafningshreppur – krater ukryty we mgle
Kolejnym punktem była miejscowość Grímsnes-og Grafningshreppur, znana z krateru Kerið – idealnie okrągłego, o stromych ścianach i turkusowym jeziorze w środku. Wstęp na teren krateru kosztował 600 ISK. Niestety, gęsta mgła nie pozwoliła nam w pełni dostrzec jego uroku. Mimo ograniczonej widoczności, wrażenie tajemniczości i piękna tego miejsca pozostało niezapomniane.

Pierwszy nocleg – ciepło islandzkiego domu
Nasz pierwszy nocleg zarezerwowaliśmy przez Airbnb. Mieliśmy cały domek z zewnętrznym jacuzzi do dyspozycji, a koszt wyniósł 1500 PLN dzielone na pięć osób. Domek był przytulny i ciepły, choć gospodarz zdawał się nie przejmować zbytnio drobiazgami w kwestii czystości. Łóżka natomiast były wyjątkowo wygodne.
To co wprawiło nas w zdumienie była kolekcja ceramiki z Bolesławca, którą znaleźliśmy w kuchennej szafce i na której zjedliśmy kolację. Gospodarz kupił ją podobno w lokalnym sklepie!
Po dniu pełnym wrażeń zasnęliśmy spokojni i szczęśliwi.

Bláskógabyggð – kraina gejzerów
Środowy poranek rozpoczęliśmy od wizyty w Bláskógabyggð, gdzie znajduje się słynny obszar geotermalny Geysir. To właśnie stąd pochodzi słowo gejzer – od nazwy wielkiego Geysira, który niegdyś wyrzucał słup wody na wysokość 70 metrów!
Dziś najbardziej aktywny jest Strokkur, który co kilka minut wybucha fontanną wrzącej wody, zachwycając turystów z całego świata. Woda w tym miejscu osiąga temperaturę od 80 do 100 stopni Celsjusza.













W pobliskim sklepie z pamiątkami gdzie zrobiliśmy małe zakupy spotkaliśmy kolejnego Polaka, który doradził nam, aby przy wylocie z kraju ubiegać się o zwrot podatku VAT – bardzo przydatna wskazówka.
Flúðir – pomidorowy raj w szklarni
W dalszej drodze, w porze obiadu zatrzymaliśmy się w wyjątkowym miejscu – Friðheimar, restauracji mieszczącej się w szklarni, gdzie uprawia się pomidory przez cały rok dzięki geotermalnemu ciepłu. Notabene trafiliśmy tam dzięki Oli z samolotu.
Obsługiwał nas Polak – Kuba, niezwykle sympatyczny chłopak, który opowiedział nam o tym, jak Islandczycy wykorzystują naturalną energię do produkcji warzyw mimo surowego klimatu.
Zjedliśmy tam słynny krem z pomidorów podawany z domowym chlebem i świeżym masłem – jedno z najlepszych dań całej podróży. Na wynos kupiliśmy kilka pachnących pomidorów i ruszyliśmy dalej.







Rangárþing eystra – serce południowej Islandii
Następny przystanek to Rangárþing eystra – malownicza gmina znana z ogromnych połaci zieleni, stad koni islandzkich i wspaniałych wodospadów, takich jak słynny Seljalandsfoss i ukryty Nauthúsagil. To właśnie ten ostatni stał się miejscem naszej prawdziwej przygody. Na zdjęciach Seljalandsfoss.








Ukryty wodospad Nauthúsagil – przygoda w kanionie
Aby dotrzeć do wodospadu Nauthúsagil, musieliśmy przemierzyć kanion, w którym płynęła rzeka, przeprawić się przez mniejszy wodospad, trzymając się łańcuchów, a na końcu – stanąć twarzą w twarz z majestatycznym wodospadem ukrytym w skale.
Byliśmy tam prawie sami. Tylko szum wody i echo naszych kroków w skalnym tunelu. To był jeden z tych momentów, gdy człowiek naprawdę czuje, że przeżywa przygodę!














Czwartkowy poranek – spokój i słońce nad Skógafoss
Nocowaliśmy w jasnym, przytulnym mieszkaniu, w którym każdy miał własny pokój. Było to niedaleko wodospadów. Wieczorem zjedliśmy wspólną kolację i zagraliśmy w Fazę – prostą grę karcianą, która wywołała mnóstwo śmiechu.

Rano, przy filiżance kawy, oglądaliśmy wschód słońca. Na Islandii o tej porze roku pojawia się dopiero po godzinie ósmej – niezwykłe uczucie czekać, aż świat powoli się obudzi. Chodziłyśmy też z Mariolą boso po trawie. Była miękka i wilgotna jak gąbeczka.






Potem wyruszyliśmy w stronę Skógafoss. Gdy dotarliśmy, słońce przeświecało przez kaskadę wody, tworząc wielką tęczę. Wszyscy milczeliśmy z zachwytu. A potem – łzy. Bo trudno było uwierzyć, że natura potrafi być aż tak piękna.






Po wzruszających chwilach przy Skógafoss, gdy łzy mieszały się z mgiełką wodospadu i tęczą tańczącą w słońcu, ruszyliśmy dalej na wschód. Przed nami była długa droga – aż do Höfn i Hornafirði, ponad 300 km. Po drodze czekały na nas jeszcze piękne miejsca do podziwiania.
Fjaðrárgljúfur – wąwóz jak z bajki
Następnym miejscem, które chcieliśmy zobaczyć był Fjaðrárgljúfur, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w południowej Islandii. Ten malowniczy wąwóz ma około 2 kilometry długości i miejscami aż 100 metrów głębokości. Powstał pod koniec epoki lodowcowej, gdy topniejące wody wyrzeźbiły dolinę rzeki Fjaðrá w miękkiej skale wulkanicznej.
Z punktu widokowego rozciąga się zapierająca dech panorama wijącej się rzeki i zielonych ścian porośniętych mchem. Miejsce wygląda tak magicznie, że trudno uwierzyć, iż naprawdę istnieje – nic dziwnego, że kręcono tu teledysk Justina Biebera do piosenki „I’ll Show You”.
Spacer wzdłuż krawędzi wąwozu to czysta przyjemność – cisza, szum wody i niekończący się zachwyt nad potęgą natury. Jest to też spory wysiłek, gdyż idzie się sporo pod górę. Także ćwiczcie formę przed podróżą na Islandię. 😉









Fagurhólsmýri – pierwsze spotkanie z lodowcem
Kolejnym punktem był Fagurhólsmýri – niewielka miejscowość, w której po raz pierwszy zetknęliśmy się z prawdziwym lodowcem.
Widok i wrażenie było oszałamiające. Surowy, biało-niebieski krajobraz, cisza przerywana tylko trzaskiem lodu. Byliśmy tam niemal sami.
Zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową – nawet na krze lodowej, która dryfowała w tafli wody jak fragment odległej Arki. To doświadczenie miało w sobie coś magicznego – jakby czas się zatrzymał.














Jökulsárlón i Diamond Beach – spotkanie lodu z oceanem
W drodze do Höfn zatrzymaliśmy się przy Jökulsárlón, słynnym jeziorze lodowym u stóp lodowca Vatnajökull – największego lodowca Europy.
To miejsce wygląda jak z innego świata: olbrzymie kry lodowe odrywają się od lodowca, dryfują w stronę oceanu, przepływając pod mostem i trafiając na plażę po drugiej stronie – Diamond Beach.
Tam mniejsze fragmenty lodu wyglądają jak rozsypane diamenty na czarnym, wulkanicznym piasku.
Słońce zachodziło, światło było miękkie i złote, a wszystko błyszczało jak w bajce.










Zanim odjechaliśmy, spróbowaliśmy jeszcze lokalnych hot dogów z foodtrucka przy parkingu – oczywiście obsługiwali nas… Polacy! Na Islandii naprawdę można poczuć się jak w drugiej ojczyźnie.
Höfn i Hornafjörður – spokój na krańcu świata
Do Höfn dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Dojazd do naszego guest house’u był dość emocjonujący – trwały roboty drogowe, a trasa wyglądała jak świeżo usypana rampa donikąd. Na szczęście udało się trafić bezpiecznie na miejsce.
Nocleg okazał się bardzo przyjemny: czysty pokój, ciepła pościel, dobrze wyposażona kuchnia. Po intensywnym dniu to był mały raj.
Wieczorem wybraliśmy się do ulubionej restauracji i browaru naszych dzieci – Heppa w Höfn. Słyną z doskonałych burgerów i piwa warzonego na miejscu. Jedno z nich ma… smak homara (ang. lobster beer). Gdyby nie etykieta, nikt z nas by tego nie zauważył, ale sam pomysł był niezwykle islandzki – oryginalny i odważny.
Islandia w październiku przyjęła nas gościnnie w wiosce – tymczasowym domu naszych dzieci.



Zorza nad Höfn
Po kolacji wracaliśmy zadowoleni, ale nie spodziewaliśmy się jeszcze jednego widowiska.
Pod nasz guest house wybiegła grupa Azjatów, krzycząc i wskazując w niebo. „Czyżby zorza?” – pomyśleliśmy.
Niebo było bezchmurne, pełne gwiazd i Drogi Mlecznej. I rzeczywiście – na ekranach smartfonów widniał delikatny, zielony blask zorzy polarnej. Gołym okiem widać ją było jedynie jako jasną łunę – ale emocje były ogromne. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że prawdziwy spektakl zorzy dopiero przed nami.
Poranek w Höfn i powrót na zachód
Następnego dnia obudziliśmy się wypoczęci. Wspólna kawa, śniadanie w ciszy – inni goście już wyruszyli w drogę.
Pojechaliśmy jeszcze do Höfn, żeby zobaczyć, gdzie nasze dzieci pracują, robią zakupy i odbierają paczki na poczcie. Janek, nasz przewodnik, zarządził jednak szybki powrót w stronę Reykjavíku – w planie mieliśmy jeszcze kilka pięknych miejsc.





Kirkjugólf Natural Monument – „Kamienna podłoga” natury
W drodze powrotnej znów zatrzymaliśmy się w okolicach Kirkjubæjarklaustur, by obejrzeć Kirkjugólf.
To wyjątkowa formacja geologiczna złożona z sześciokątnych kolumn bazaltowych, które wyglądają jak idealnie ułożone płytki podłogowe.
Nie jest to dzieło człowieka, a efekt powolnego stygnięcia lawy sprzed tysięcy lat. Nic dziwnego, że lokalni mieszkańcy nazwali to miejsce Kościelną Podłogą. Spójrzcie tylko jakie błękitne niebo miała dla nas Islandia w październiku.






Nieopodal znajdował się kolejny zachwycający wodospad. Czy już zaczęliśmy przywykać do tych cudów natury?

Reynisfjara – czarna plaża i potęga natury
Następnie pojechaliśmy do jednego z najbardziej spektakularnych miejsc Islandii – Reynisfjara, czarnej plaży niedaleko miasteczka Vík í Mýrdal.
Czarne wulkaniczne piaski kontrastują tu z białą pianą fal i strzelistymi bazaltowymi kolumnami. Z morza wyrastają formacje skalne Reynisdrangar, które – jak głosi legenda – to trolle zamienione w kamień przez wschodzące słońce.
Plaża jest piękna, ale i niebezpieczna. Działa tu system ostrzegania przed tzw. sneaker waves – nagłymi, silnymi falami, które potrafią wciągnąć turystów w morze. Tablice ostrzegawcze nie są przesadą – co roku dochodzi tu do wypadków, gdy ktoś zbyt odważnie zbliży się do linii wody.
My mieliśmy szczęście – trafiliśmy tam o ostatnich promieniach dnia. Światło zachodzącego słońca podkreślało kontrasty i sprawiało, że miejsce wyglądało wręcz nierealnie.












Vík – pizza na końcu świata
Gdy zapadł zmrok, wróciliśmy do Víku i zjedliśmy kolację w tutejszej pizzerii.
Zamówienie przyjmowała Polka, a stolik, który dostaliśmy, był wyjątkowo wygodny. Miejsce tętniło życiem – ludzie z całego świata, rozmowy w wielu językach, a my z poczuciem, że sprzyja nam szczęście. Islandia w październiku nie jest tak zatłoczona jak w sierpniu czy wrześniu.
Pizza była pyszna! Ceny wahały się od 3000 do 4300 ISK, czyli około 85–120 zł (przy kursie ok. 1 ISK = 0,028 zł). Jak na islandzkie warunki – całkiem rozsądnie.
Powrót do Reykjavíku – dom na dwa dni
Do Reykjavíku dotarliśmy grubo po 22:00. Na szczęście, mieliśmy tam spędzić dwie noce przed powrotem do Polski.
Nasze mieszkanie okazało się urocze – ciepłe, przytulne i w pełni wyposażone.
Wyglądało tak, jakby ktoś naprawdę w nim mieszkał – w szafkach były osobiste rzeczy, ubrania, przyprawy w kuchni. Ale nam to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – czuliśmy się, jakbyśmy na chwilę stali się częścią tego niezwykłego kraju.



Nasze mieszkanie w Reykjavíku znajdowało się przy Grefarholt – na przyjemnym, spokojnym osiedlu położonym na zboczu, z którego rozpościerał się widok na miasto i zatokę. Po intensywnych dniach podróży postanowiliśmy zwolnić tempo.
Sobota w Reykjavíku – spacer po północnej stolicy
Tego dnia nasze dzieci zostały w domu, by przygotować obiad i upiec szarlotkę. My zaś ruszyliśmy zwiedzić Reykjavík – najmniejszą stolicę Europy, ale o wyjątkowym klimacie.
Zaparkowaliśmy tuż przy słynnej protestanckiej świątyni Hallgrímskirkja, której monumentalna bryła przypomina bazaltowe kolumny z plaży Reynisfjara. Wnętrze kościoła było proste, jasne, wypełnione dźwiękami koncertu organowego.
Jeden z muzyków grał na niezwykłym instrumencie – ogromnej tubie o długości około trzech metrów, rozszerzającej się przy końcu jak róg. Brzmienie wypełniało całą przestrzeń, wibrowało w ławkach i w sercu.
Zwróciliśmy uwagę na praktyczny szczegół: ławki miały odwracane oparcia, dzięki czemu można było łatwo zmienić kierunek siedzenia – przodem do ołtarza lub do organów. Jakże islandzkie w swej prostocie i pomysłowości!
Po koncercie ruszyliśmy w stronę nabrzeża, gdzie Reykjavík odsłania swoje artystyczne i nowoczesne oblicze.
Warto tu zobaczyć:
- Sun Voyager (Sólfar) – rzeźbę w kształcie stalowego szkieletu łodzi, symbol marzeń o odkryciach i wolności; na tle gór Esja wygląda imponująco.
- Harpa Concert Hall – futurystyczny budynek filharmonii i centrum konferencyjnego z fasadą z sześciokątnych, szklanych paneli inspirowanych islandzką naturą.
- Stary Port (Gamla Höfnin) – tętniące życiem miejsce z kawiarniami, sklepami z wełnianymi swetrami (lopapeysa) i rejsami na obserwację wielorybów.
- Perlan – futurystyczne muzeum i punkt widokowy z interaktywną wystawą o islandzkich lodowcach i sztuczną jaskinią lodową wewnątrz budynku.
Spacer po Reykjavíku to jak połączenie spaceru po rybackim miasteczku, galerii sztuki i laboratorium natury. Islandia w październiku ze swoją łaskawą pogodą umożliwiła nam to.















Domowe curry i szarlotka
Po kilku godzinach wróciliśmy do naszego mieszkania, gdzie czekał na nas domowy obiad – curry z kurczakiem i ryżem, a na deser – szarlotka pachnąca cynamonem.
Smakowało lepiej niż w najlepszej restauracji, bo było podane z miłością.



Blue Lagoon – gorące źródła i taniec zorzy
Naszą ostatnią atrakcją na Islandii w październiku była wizyta w Blue Lagoon – słynnym kompleksie geotermalnych basenów położonym niedaleko Grindavíku, między polami lawy.
Mieliśmy rezerwację na godzinę 19:00 i nie mogliśmy wybrać lepiej.
Gdy weszliśmy do mlecznobłękitnej wody, nad naszymi głowami zaczęła tańczyć zorza polarna – najpiękniejsza, jaką mogliśmy sobie wymarzyć. Zielone, różowe i seledynowe pasma światła przesuwały się po niebie jak ognisty smok odprawiający swój taniec na granicy dnia i nocy.
Czas się zatrzymał.







W Blue Lagoon zostaliśmy niemal do zamknięcia, a zorza towarzyszyła nam jeszcze długo później – widoczna nawet z okien naszego mieszkania w Reykjavíku.
Niedziela – powrót do domu
W niedzielę rano pożegnaliśmy się z naszym islandzkim domem. Najpierw zawieźliśmy dzieci na lotnisko – ich samolot Icelandaira wracał do Höfn.
Potem powoli ruszyliśmy w stronę Keflavíku, skąd mieliśmy lot o 19:00.



Ostatni przystanek – katolicki kościół i polska msza
Zanim jednak opuściliśmy stolicę, Mariola bardzo chciała odwiedzić katolicki kościół św. Krzyża (Landakotskirkja).
Ku naszemu zdumieniu trafiliśmy akurat na polską mszę świętą. Słyszeć rodzimy język tak daleko od domu – to było wzruszające i symboliczne zakończenie podróży.


Grindavík – ostatni posiłek z rybą
W drodze do lotniska zatrzymaliśmy się jeszcze w Grindavíku – miasteczku rybackim, które po ostatnich erupcjach wulkanicznych sprawiało wrażenie opustoszałego i przygaszonego.
Mimo to znaleźliśmy małą restaurację, w której zjedliśmy pierwszy i ostatni posiłek złożony z islandzkiej ryby.
Było pysznie – delikatne filety, idealnie przyprawione. Każde danie kosztowało ok. 4000 ISK, czyli ok. 115 zł.




Zatankować, oddać samochód, odzyskać VAT
Przed oddaniem samochodu podjechaliśmy na samoobsługową stację paliw. Aby zatankować do pełna, potrzebowaliśmy około 10 000 ISK, lecz Revolut pobrał tymczasowo ponad 20 000 ISK.
Po telefonie na infolinię dowiedzieliśmy się, że to normalna procedura – bank blokuje wyższą kwotę jako depozyt, a różnicę zwraca po kilku minutach. Faktycznie, wszystko szybko wróciło na konto.
Na lotnisku wszystko przebiegło sprawnie. Samolot wystartował o czasie, a podróż minęła szybko.
O 1:00 w nocy wylądowaliśmy w Katowicach – zmęczeni, ale szczęśliwi.
Islandia zostawiła w nas coś niezwykłego – spokój, zachwyt naturą i wdzięczność za każdą chwilę.
To kraj, w którym człowiek czuje się mały wobec potęgi ziemi, ale jednocześnie ogromny wobec własnych emocji.
🇮🇸 Epilog
Nasza podróż po Islandii w październiku była jak doskonałe dzieło — pełna kontrastów, w których spotykały się cisza lodowców, szum wodospadów, surowość natury i ciepło ludzkich spotkań. Część naszej trasy pokrywała się z klasycznym Golden Circle, choć nie udało nam się zobaczyć słynnego wodospadu Gullfoss – tym samym mamy powód, by tu jeszcze wrócić.
Zamiast tego dotarliśmy aż do Höfn, na daleki wschód, gdzie lodowce spotykają się z oceanem, a światło zachodzącego słońca maluje góry na złoto i róż. Tam poczuliśmy, że Islandia nie jest tylko miejscem – to stan ducha.
A kiedy wydawało się, że nic już nie może nas zaskoczyć, wieczorna kąpiel w Blue Lagoon stała się kulminacyjnym momentem całej podróży. Nad naszymi głowami zatańczyła zorza polarna – zielona, różowa i seledynowa, niczym ognisty smok tańczący po niebie. To był prawdziwy cud natury i symboliczna wisienka na torcie naszej islandzkiej przygody.
Islandia zostanie w nas na długo – w pamięci, w sercach i na zdjęciach, które nawet w połowie nie oddają tego, co tam czuliśmy.
🧭 Moje praktyczne wskazówki z podróży po Islandii
💳 Revolut – mój najlepszy towarzysz podróży
Przed wyjazdem założyłam konto Revolut, żeby mieć pełną kontrolę nad wydatkami i możliwość utworzenia subkonta w koronach islandzkich (ISK). Dzięki temu mogłam wymienić złotówki jeszcze w Polsce, kiedy kurs był korzystny, i nie martwić się przewalutowaniem na miejscu.
Na Islandii praktycznie nigdzie nie potrzebowałam gotówki – nawet w małych kawiarniach, muzeach czy na stacjach samoobsługowych wszystko płaci się kartą. Revolut sprawdzał się idealnie, bo nie pobiera prowizji przy płatnościach w obcej walucie (w tygodniu, do określonego limitu). W weekendy doliczana jest drobna marża, około 0,5–1%, ale to wciąż o wiele mniej niż w tradycyjnych bankach.
Kiedy tankowaliśmy auto, zauważyłam, że system blokuje czasem wyższą kwotę (np. 20 000 ISK przy tankowaniu za 10 000). Revolut od razu pokazuje blokadę i po kilku minutach zwraca różnicę – bardzo przejrzyście i bez stresu.
Podobało mi się też, że aplikacja automatycznie kategoryzuje wydatki – wiedziałam dokładnie, ile wydajemy na paliwo, jedzenie czy noclegi. A jeśli coś zgubiłabym (na szczęście nie musiałam), kartę mogłabym zablokować jednym kliknięciem w telefonie.
🅿️ Parkowanie – aplikacja Parka
Z aplikacji Parka korzystaliśmy przez całą podróż, nie tylko w Reykjavíku.
Na Islandii większość parkingów przy atrakcjach turystycznych – takich jak wodospady, gejzery czy punkty widokowe – jest płatna, ale system działa bardzo wygodnie.
Wystarczy zainstalować aplikację Parka (dostępna na Androida i iOS), wpisać numer rejestracyjny samochodu i wybrać odpowiednie miejsce postojowe. Aplikacja sama rozpoznaje lokalizację i podpowiada właściwy parking, dzięki czemu nie ma ryzyka, że zapłacimy w złym miejscu.
Klasycznie przy atrakcjach płaciliśmy około 1000 ISK za parking, co w przeliczeniu daje mniej więcej 30 zł. Opłata obejmowała zazwyczaj cały dzień postoju, więc nie musieliśmy się spieszyć ani martwić o przekroczenie czasu.
Największą zaletą Parka jest to, że płaci się tylko za realny czas parkowania – można w każdej chwili rozpocząć i zakończyć opłatę jednym kliknięciem.
💦 Blue Lagoon – ceny i rezerwacja
Do Blue Lagoon zarezerwowaliśmy wejście online z wyprzedzeniem – to konieczne, bo bilety szybko się kończą.
Najtańsza opcja, tzw. Comfort Pass, kosztowała 9 990 ISK (ok. 300 zł) i obejmowała ręcznik, drinka oraz maskę z krzemionki. Można wybrać też Premium Pass – ok. 12 990 ISK (ok. 390 zł), który zawiera szlafrok, kapcie i dodatkową maskę.
Ceny są dynamiczne i zależą od godziny oraz dnia.
Wieczorna kąpiel była najlepszym wyborem – gorąca woda, chłodne powietrze i zorza tańcząca nad głową to coś, czego nie zapomnę nigdy.
⛽ Ceny paliwa
Na Islandii stacje benzynowe są w większości samoobsługowe. Tankowanie odbywa się kartą w automacie.
Litr benzyny kosztował około 300 ISK, czyli mniej więcej 9 zł. Za pełny bak (ok. 50 litrów) wychodziło około 15 000 ISK, czyli 450 zł.
Warto pamiętać, że Revolut pobierał tylko faktyczną kwotę transakcji – żadnych dodatkowych prowizji.
🏡 Noclegi
Ceny noclegów mocno zależą od regionu i standardu.
- W przytulnych domkach Airbnb płaciliśmy średnio od 120 do 220 USD za noc,
- w hostelach można znaleźć łóżko już za 35–60 USD,
- Reykjavik jest droższy niż reszta kraju.
Warto rezerwować z wyprzedzeniem, zwłaszcza w okolicach Golden Circle i Vik – tam miejsca znikają błyskawicznie.
🍽️ Jedzenie
My polegaliśmy głównie na zakupach w sklepach spożywczych i samodzielnym przygotowaniu posiłków. Niemniej jedliśmy kilka razy w restauracji i byliśmy na kawie w Reykjaviku.
- Śniadanie w kawiarni: ok. 2 000–2 500 ISK
- Lunch: 2 500–3 500 ISK
- Kolacja w restauracji: 3 000–4 500 ISK
- Pizza w Vik kosztowała nas ok. 3 000–4 300 ISK (czyli 90–120 zł)
W sklepach spożywczych (Bonus, Kronan) jest dużo taniej – warto zaopatrzyć się w podstawowe produkty na śniadania i kolacje.
Zwrot podatku VAT na Islandii
Islandzki VAT (tzw. VSK) wynosi:
- 11% dla żywności i niektórych usług,
- 14% dla większości towarów, w tym pamiątek i ubrań.
Aby otrzymać zwrot VAT (Tax Free Refund), należy:
- Zrobić zakupy w jednym sklepie powyżej 6000 ISK (w jednym dniu).
- Poprosić o formularz Tax Free przy kasie – trzeba okazać paszport lub dowód osobisty.
- Zachować paragon i wypełniony formularz.
- Na lotnisku w Keflavíku, przed odprawą bagażową, udać się do stanowiska Arion Bank / Tax Refund (w strefie odlotów).
- Oddać formularz.
- Zwrot można otrzymać w gotówce (ISK lub EUR) albo na kartę kredytową – środki wracają zwykle w ciągu kilku tygodni.
Dzięki temu można odzyskać ok. 14% wartości zakupów – warto o tym pamiętać!

