Aga

Od Aten przez Peloponez do Delf, czyli menu po grecku

Pewnego majowego popołudnia odebrałam telefon od Teo Vafidisa – szefa kuchni i autora programu „Filozofia Smaku”: - Co robisz za tydzień? Nie masz planów? Doskonale, w takim razie jedziemy razem do Grecji. - I w ten oto sposób kilka dni później znalazłam się w Atenach.

W doborowym towarzystwie Teo i jego ekipy Hellas Travel wybieram się popołudniem na podbój greckiej stolicy. A czy może być lepsza pora na zwiedzanie miasta będącego ważnym europejskim ośrodkiem turystycznym i kulturalnym od czasów antyku niż złota godzina? Wszystkie zabytki oblane są wtedy ciepłym światłem, co nadaje im pewnej magii.
Wędrując po mieście, oglądamy Stadion Panatenajski, Świątynię Zeusa Olimpijskiego i Łuk Hadriana. Korzystam z okazji i pozuję do zdjęcia z przystojnym gladiatorem. Nie daję się jednak namówić na kawę, bo pora ruszyć na Akropol, do którego mam ogromny sentyment. Zawsze, gdy jestem w Atenach nogi same mnie tutaj prowadzą. I znowu podziwiam Odeon Heroda Attyka i Teatr Dionizosa. Chwilę później wspinam się na wzgórze Aresa, z którego rozciąga się wspaniała panorama na Akropol i górę Likavitos. Niekończąca się sesja zdjęciowa sprawia, że robimy się okropnie głodni. A gdzie najlepiej zjeść? Oczywiście w Place! Ta niewielka dzielnica pełna krętych uliczek, schodów, ruin, kościołów i knajpek jest niezwykle malownicza. Wieczór tutaj na pewno należeć będzie do udanych!

Bladym świtem następnego dnia udajemy się do portu. Czeka nas całodniowa wycieczka z Evermore Cruises na trzy wyspy Sarońskie: Hydrę, Poros i Eginę. Na pokładzie ratujemy się kawą i przechadzaniem się po statku. Wreszcie po trzech godzinach na morzu dobijamy do Hydry. Nie mogę ukryć ekscytacji. Oto jestem na wyspie, która oczarowała samego Leonarda Cohena! Zachwycam się rezydencjami rodzin kupieckich zaprojektowane niegdyś przez architektów z Wenecji i Genui. Oglądam najważniejszą świątynię na wyspie – katedrę Panagia Mitropoleos mieszczącą się nieopodal portu. Chłonę atmosferę miasteczka, przechodząc tętniącą życiem promenadą. Robię zdjęcie osiołkowi, który pokazuje mi język, a następnie zapuszczam się w drobne uliczki. Chciałabym się w nich ukryć, zostać tu na dłużej, ale goni mnie czas. Bo już pora na kolejną wyspę – Poros. Przyglądam się rybakom sprzedającym świeżo złowione ryby prosto z pokładów kutrów i już żałuję, że nie będę miała okazji spróbować lokalnych specjałów, o których tyle słyszałam od znajomych. Ostatnim przystankiem naszej wycieczki jest słynąca z sadów pistacjowych Egina. Gdy moi towarzysze ruszają do kościoła Omorfi Ekklisia, ja dołączam do Teo siedzącego w kawiarence przy nabrzeżu. Zamawiam lampkę wina i rozpływam się w błogim lenistwie.

Porzucamy Ateny i ruszamy w dalszą drogę. Naszym celem jest odkrycie perełek Peloponezu. Na start – Kanał Koryncki. Stoję na jednym z jego sześciu mostów i myślę o jego burzliwej historii. Jako pierwszy na pomysł stworzenia przesmyku wpadł tyran Periander, ale budowa nie doszła do skutku. Nikt nie chciał porwać się na poprawianie boskiego dzieła, dlatego zamiast kanału powstała brukowana droga (diolkos), którą przeciągano statki. Jako drugi za budowę kanału zabrał się Neron, jednak dzieło nie zostało dokończone w związku ze śmiercią cesarza. Wieki później projekt chcieli kontynuować Bizantyjczycy i Wenecjanie, ale ich prace zakończył źle wróżący incydent. Gdy złoty kilof trafił w skałę, woda o czerwonym kolorze trysnęła z jej wnętrza – uwierzono, że była to krew i porzucono przedsięwzięcie. Do sprawy kanału powrócono dopiero w XIX wieku, po wojnie o niepodległość Grecji. Ale i tu sprawy nie poszły gładko. Wreszcie kanał oddano do użytku w styczniu 1894 r., czyli 2,5 tys. lat od pierwszych planów jego budowy! Powiedzenie ‘siga siga’ (z grec. powoli, powoli) w tym przypadku nabiera nowego wymiaru…

Peloponez słynie z doskonałej oliwy, jednej z najlepszych w Grecji, dlatego Teo decyduje, że koniecznie musimy się udać na degustację. Zatrzymujemy się w tłoczni Melas, gdzie dowiadujemy się więcej o procesie powstawania płynnego złota, jak niegdyś nazwał oliwę Homer. Chowam się w cieniu gaju oliwnego, gdzie panuje niebywały spokój. Podoba mi się tutaj, ale nie mogę się już doczekać wyprawy do Epidaurus, gdzie zobaczę najlepiej zachowany grecki teatr. Gdy wreszcie tam docieramy, budowla robi na mnie ogromne wrażenie. Teatr mogący pomieścić 14 tys. widzów słynie z doskonałej akustyki – każdy dźwięk doskonale słychać nawet w najbardziej oddalonym rzędzie. Sprawdziłam!

Kolejne peloponeskie skarby odkrywamy w Mykenach. Zaczynamy od grobu Agamemnona, w którym panuje półmrok. Szeptem odzywam się do mojej towarzyszki, ale słyszy to kilka innych osób. To dlatego, że dokładnie stoję pośrodku budowli, gdzie akustyka jest najlepsza. Rozglądam się dookoła i myślę o tym, że miejsce to zainspirowało Juliusza Słowackiego, który w swym sławnym wierszu nazwał go grobowcem „sławy, zbrodni i pychy”.

Ruszamy w stronę starożytnych ruin. Wspinamy się ścieżką do Cytadeli otoczonej pokaźnymi murami. Starożytni Grecy nazwali je „cyklopowymi”, bo nie mogli uwierzyć, że tak ogromna budowla mogła zostać wzniesiona przez ludzi. Przechodzimy przez Bramę Lwic do pierwszego kręgu grobów królewskich. Schliemann – niemiecki archeolog-amator, który prócz Myken odkrył także Troję, uważał, że to właśnie w tym miejscu pochowano Agamemnona, jego brankę Kasandrę oraz jego stronników. Odnaleziono tu imponującą ilość złotych przedmiotów, co świadczyło o bogactwie miasta. To tu znaleziono złotą maskę pośmiertną, która obecnie znajduje się w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Atenach.

W zachodniej części Peloponezu, w przepięknej dolinie rzeki Alfejos, leży jedna z najważniejszych świątyń starożytnej Grecji. Dedykowana Zeusowi rozciąga się nad południowo-wschodnim stokiem Góry Kronios pośród bujnego zielonego krajobrazu. Pomimo odosobnienia, Olimpia stała się najważniejszym ośrodkiem religijnym i sportowym w Grecji. To tutaj ku czci Zeusa co cztery lata odbywały się igrzyska olimpijskie – największy festiwal narodowy i wysoce prestiżowe wydarzenie na całym świecie. Miesiąc przed oraz podczas igrzysk olimpijskich w Grecji obowiązywał święty pokój (zawieszenie broni), a udział w nich mogli brać wyłącznie niekarani wolni obywatele Hellady. Kobiety nie brały udziału w uroczystości, nawet w charakterze widzów, musiały opuścić Olimpię na czas zawodów inaczej groziła im śmierć. Ale i na to znalazło się rozwiązanie! Istniał jeden sposób, w który kobieta mogła zostać olimpionikiem – poprzez wystawienie konia lub rydwanu do wyścigów. Właściciel rzadko jechał czy powoził sam, jednak to on zawsze otrzymywał nagrodę, tak więc zwycięstwo nie wymagało nawet obecności na zawodach. Wykorzystała to spartańska księżniczka Kyniska, wystawiając na zawody czterokonny rydwan. Wygrała i stała się pierwszą kobietą, która wygrała na starożytnych igrzyskach olimpijskich. Później jeszcze kilka kobiet zdobyło nagrody w zawodach hippicznych. Można? Można!

Żar niemiłosiernie leje się z nieba, gdy wychodzimy z Muzeum Archeologicznego w Delfach. Wypijam duszkiem butelkę wody i przeklinam się w duchu, że nie zabrałam żadnego nakrycia głowy. Rozglądam się wokół, podziwiając jeden z najważniejszych obiektów archeologicznych Europy i świata leżący w pięknej scenerii otoczony górami Parnasu.

Delfy w czasach swojej świetności stanowiły centrum Europy pod względem religijnym, kulturalnym oraz społecznym. Nazywano je pępkiem świata, gdyż wedle mitologii to właśnie tu spotkały się dwa orły wypuszczone w przeciwne strony świata przez Zeusa, wyznaczając środek ziemi.

Cały kompleks podzielony jest na trzy części. Największym jest Święty Krąg, w którym znajdują się ruiny najważniejszej budowli, czyli Świątyni Apolla. Bóg sztuki przybył tutaj z Krety pod postacią delfina (stąd nazwa miejscowości) i po zabiciu Pytona, starożytnego strażnika Gai (Matki Ziemi), przejął teren Delf i zapoczątkował tu swój kult. W jego świątyni rezydowała najważniejsza wyrocznia – kapłanka Pytia, która wdychając halucynogenne opary, wprowadzała się w narkotyczny stan i wypowiadała przepowiednie, które kierowały losem całego greckiego świata. Ale nie tylko. Do wyroczni przyjeżdżali również władcy z wielu innych stron, prosząc o radę w najważniejszych sprawach państwowych. Co ciekawe, jej odpowiedzi były zawsze dwuznaczne, by nikt nie mógł podważyć jej autorytetu.

Na chwilę się wyłączam. Ku mojemu zdumieniu, zmęczenie, które jeszcze chwilę temu ogarniało moje ciało, znikło. Teo przypomina mi, że tu znajduje się jeden z siedmiu czakramów – gruczołów ziemi, które kumulują energię pochodzącą zarówno z naszej planety, jak i kosmosu. Ta posiada zbawienny wpływ na zdrowie i samopoczucie: dodaje witalności, poprawia koncentrację, wprowadza w umyśle harmonię. Coś w tym jest, bo czuję, że mogę podjąć się każdego wyzwania. – To dobrze – uśmiecha się Teo – bo dziś wieczorem będziemy gotować!
wszystkie relacje autora