Wyszukiwarka biletów lotniczych

przelot złożony
1 pasażer
  • Dorośli-1+
  • Dzieci-0+
  • Wiek dziecka 1-8+
  • Wiek dziecka 2-8+
  • Wiek dziecka 3-8+
  • Wiek dziecka 4-8+
  • Wiek dziecka 5-8+
  • Wiek dziecka 6-8+
  • OK
Szukaj
  • polska firma
  • 20 lat doświadczenia
  • 500 000 klientów
  • bezpieczne płatności
  • gwarancja najniższej ceny
Wszystkie linie lotnicze. Rezerwuj wygodnie.

Santorini - najpiękniejsza wyspa świata poza sezonem (część 1)

Santorini - najpiękniejsza wyspa świata poza sezonem (część 1)

Grecka wyspa Santorini, uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie, była moim marzeniem od bardzo dawna. Niestety marzenie to musiałam ciągle odkładać na nieokreśloną przyszłość, ponieważ koszt podróży w tym kierunku skutecznie zniechęcał. Jaka była moja radość, gdy w styczniu udało się upolować bilety w dobrej cenie! I to akurat wtedy, gdy marzyłam o jakimkolwiek wyjeździe, byleby tylko oderwać się od codziennej rutyny.

I tak na Santorini polecieliśmy z mężem poza sezonem, na weekend w terminie 5-8.02.2016. Lotów bezpośrednich na Santorini z Polski nie ma, dlatego żeby dostać się na wyspę należy liczyć się z przesiadkami w Atenach. Jest kilka różnych możliwości, nam jednak najbardziej odpowiadała opcja spędzenia nocy na lotnisku w Atenach i wylot na Santorini z samego rana w sobotę. W drodze powrotnej czekało nas kilkugodzinne zwiedzanie greckiej stolicy.

Że niby najpiękniejsza wyspa świata? 

Noc minęła szybko i już ok. 9:00 zbliżaliśmy się do wyspy. Po drobnych problemach z lądowaniem spowodowanych silnym wiatrem, postawiliśmy w końcu stopy na wulkanicznej ziemi Santorini. Pierwsze wrażenie? Temperatura jak w Polsce, pochmurno, silny, zimny wiatr i totalne pustkowie. Maleńkie, nieco obskurne lotnisko nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. a przetaczające się przez drogę jak w jakimś westernie suche krzaczki dawały do myślenia, czy oby wylądowaliśmy we właściwym miejscu. I to miała być najpiękniejsza wyspa świata? Kto niby tworzy te rankingi?! Jednak podekscytowanie nie dawało za wygraną i możliwie jak najszybciej udaliśmy się po nasz wypożyczony samochód. Przez cały pobyt wyspę przemierzaliśmy niewielkim Nissanem Micrą, który zadziwiająco dobrze radził sobie na wąskich, krętych santoryńskich drogach.

Miasto spod popiołów

Po dokonaniu formalności udaliśmy się od razu na południe wyspy. Na początek powstały w nocy plan przewidywał Akrotiri i tamtejsze ruiny prehistorycznej osady. Najpierw jednak zajrzeliśmy do malowniczej wioski Megalochori, która szczyci się tradycyjną zabudową. Było uroczo, cicho i... pusto. Długo tam jednak nie zabawiliśmy, bo Akrotiri czekało.

Dotarcie do wykopalisk jest proste - dla kierowców ustawiono znaki informacyjne, a dla osób preferujących komunikację publiczną - przystanek autobusowy tuż przed bramą. Na obszarze 1,2 hektara zlokalizowane jest ponad 30 budynków datowanych na epokę brązu (1650-1500 r.p.n.e.). Tylko cztery z tych budowli zostały gruntownie przebadane, ale bogactwo i różnorodność odkryć pozwoliła na odtworzenie historii osadnictwa w tym miejscu w zadowalającym stopniu. W Akrotiri odkopano także znaleziska potwierdzające, że teren ten był nieprzerwanie zamieszkały od piątego tysiąclecia przed naszą erą! Miasto ostatecznie uległo zniszczeniu przez trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu, który zasypał je ogromną ilością materiałów wulkanicznych. Cały kompleks archeologiczny został przykryty dachem wspartym na ogromnych filarach, więc zwiedzanie jest przyjemne niezależnie od panujących na zewnątrz warunków pogodowych. Bilet wstępu kosztuje 5 euro od osoby dorosłej.

Rzuciliśmy jeszcze okiem na pobliskie wybrzeże i tamtejszą czarną plażę, po czym udaliśmy się do kolejnej atrakcji jaką niewątpliwie jest czerwona plaża.

Trzy kolory: czarny, biały i czerwony

Żeby tam dotrzeć, wystarczy kierować się znakami. Gdy oczom ukaże się niewielki biały kościółek wciśnięty w ogromne, czerwone skały, to znak, że jest się na miejscu. Jeszcze tylko parę minut wędrówki ścieżką i można wpadać w zachwyt. Czerwona plaża to niezwykłe miejsce - ogromne czerwone klify, których kolor podkreśla słońce, opadają stromo do błękitnego morza tworząc niezapomniany widok. Zejście na plażę może być nieco niebezpieczne ze względu na zdarzające się osuwiska, więc idzie się tam na własne ryzyko. Zachwyceni widokami z czerwonej plaży postanowiliśmy odszukać również i plażę białą. Niestety to się nam jednak nie udało - dojazd do niej jest trudniejszy, lepiej ponoć próbować dostać się na nią od strony morza.

Zawiedzeni, że nie udało się nam zobaczyć białej plaży, zajrzeliśmy na mniej znaną plażę we Vlichadzie. Jasny klif poddany erozji przyozdobiony został przez naturę w niezwykłe wzory, które pięknie kontrastują z czarną plażą i rozbijającymi się o jej brzeg falami. Niestety ze względu na warunki pogodowe nie mogliśmy w pełni nacieszyć oczu tymi widokami. Wiatr uparcie zwiewał z klifów ogromne ilości pyłu, który dostawał się wszędzie. Na zwiedzanie Santorini warto zabrać okulary, które w takich warunkach chociaż trochę uchronią oczy.

Z Vlichady udaliśmy się przez malowniczo położone na wzgórzu Pyrgos do Perissy mijając po drodze winnice z ciekawie ukształtowanymi winoroślami. Żyzna wulkaniczna gleba dostarcza niezbędnych składników winorośli, jednak ze względu na trudne warunki - wiatr i brak wody - konieczna jest inna forma uprawy. Młode gałązki zaplatane są na kształt wianuszków, dzięki czemu winorośl nie wyrasta zbytnio w górę i jest chroniona.

Perissa to miejscowość typowo turystyczna, ale ze względu na porę roku wszystko w niej było pozamykane. Nie znaleźliśmy nawet jednej restauracji, w której moglibyśmy spróbować greckich specjałów, tak więc zadowoliliśmy się krótkim spacerem po tamtejszej czarnej plaży. Plaża w Perissie jest najlepszą plażą do odpoczynku na całej wyspie. Szeroka, malownicza, z drobnym piaskiem - po prostu idealna.

Jak z pocztówki

Jako że robiło się już trochę późno, przyszła pora na największą atrakcję Santorini - miasteczko Oia. A co jest w nim takiego niezwykłego? Widok roztaczający się na miasteczko ze zbocza kaldery, szczególnie w porze zachodu słońca. Kręciliśmy się wąskimi uliczkami w poszukiwaniu najlepszego miejsca na podziwianie panoramy, aż w końcu trafiliśmy na pozostałości zamku weneckiego. To stamtąd robione są wszystkie te piękne zdjęcia umieszczane na wszystkich pocztówkach i we wszystkich folderach reklamowych wyspy. W sezonie, w miejscu tym gromadzą się tłumy, w lutym jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Wśród ruin kręciło się może z 10 osób licząc nas. Można było w spokoju podziwiać spektakl światła, jakie na białe budyneczki przyklejone do zbocza rzucało zachodzące powoli słońce. Widok cudowny! Niestety nie dotrwaliśmy do końca zachodu, ponieważ zrobiło się tak zimno, że marzyliśmy o gorącej herbacie w zaciszu wynajętego pokoju.

Po około dwudziestu minutach jazdy początkowo pośród osypujących się skał, a następnie wśród wąskich uliczek Firy i Firostefani, dotarliśmy od Karterados - miasta naszego odpoczynku. Na wyspie mieliśmy spędzić jeszcze jeden dzień, ale o tym przeczytacie w drugiej części relacji.

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się o Santorini nieco więcej, zapraszam na moją stronę: www.podrozowisko.pl.

Zobacz galerię zdjęć! 

Nawigacja dodatkowa