Wyszukiwarka biletów lotniczych

przelot złożony
1 pasażer
  • Dorośli od 18 lat-1+
  • Młodzież 12-18 lat-0+
  • Dzieci 2-12 lat-0+
  • Niemowlęta do 2 lat-0+
  • Wybierz
Szukaj
  • polska firma
  • 20 lat na rynku
  • 500 000 klientów
  • bezpieczne płatności
  • gwarancja najniższej ceny
Tanie loty. Szybko i wygodnie.

Krew, pot i łzy pod palmami, czyli moja wizyta w PRAWDZIWEJ szkole muay thai

Krew, pot i łzy pod palmami, czyli moja wizyta w PRAWDZIWEJ szkole muay thai

Pot, nierzadko łzy, fizyczne wyczerpanie, ale i też świadomość tego, że warto, że należy i że nigdzie indziej teoretycznie nie będzie lepiej. Walki muay thai, czyli tajskiego boksu, od lat przyciągały i przyciągać będą prawdziwych fighterów i zwolenników emocji. Energia, prędkość, poezja ruchów i przede wszystkim to, że ma boleć – to od zawsze przyciąga prawdziwych facetów. I przyciągnęło również mnie – choć niejako od zupełnie drugiej strony. Fotograficznej. Chciałem przez wizjer aparatu podejrzeć te mordercze treningi i przygotowania, ale też i zobaczyć takie zwyczajne życie szkoły tajskiego boksu.

Dla wielu Tajlandia kojarzy się z pięknymi wysepkami, plażami, pysznym jedzeniem, słoniami i tanim sexem. No, nie ma co ukrywać, bo tak jest i chociażby sexturystyka kwitnie w najlepsze i pewnie niewiele w tej materii się zmieni. Ale ja jakby nie o tym, głównym celem jest tzw. jeden dzień z życia szkoły muay thai. Z początku sądziłem, że napotkamy na klasyczne trudności od zapytań po co? i dlaczego? a na kasie kończąc. Napisawszy jednak kilkanaście mailowych zapytań do różnych szkół sytuacja dość szybko się wyklarowała i temat zaczął nabierać realnych kształtów. Oczywiście nie obyło się bez zapytań po co mi to potrzebne i dlaczego chcę fotografować, ale proste i szczere wytłumaczenie z załączonymi przykładowymi zdjęciami rozwiało wszelkie wątpliwości po drugiej stronie kabla i otrzymaliśmy bezproblemową zgodę czy wręcz zaproszenie do odwiedzenia kilku szkół i spędzenia tam tyle czasu, ile potrzebowaliśmy. Pominęliśmy szkoły w Bangkoku czy innych dużych miastach i zdecydowaliśmy się m.in na szkołę muay thai na wyspie Koh Phangan.

b2ap3_thumbnail_myau-thai--1.jpg

 

b2ap3_thumbnail_myau-thai--5.jpg

Sama szkoła nie jest duża, ogranicza się do wielkiej maty treningowej, ringu i porozwieszanych dookoła przyrządów do ćwiczeń. Jeśli ktoś oczekuje profesjonalnych urządzeń rodem z europejskich siłowni, to srogo się zawiedzie - ćwiczymy na pozawieszanych na łańcuchach oponach, podnosimy hantle i sztangi stworzone z metalowej rurki i zalanych betonem połówek butelek lub wiader. Czysta moc chciałoby się powiedzieć. Nie ma lekko. Tam zdecydowanie nie jest najważniejsza masa, wielkie muskuły i prześciganie się, kto najwięcej wyciśnie leżąc. Gibkość, zwinność, szybkość i siła to fundament do tego, by z powodzeniem trenować i rozwijać swoje umiejętności. Dzień treningowy składa się z dwóch sesji: porannej (8-11) i popołudniowej (16-19) i na pewno nie jest to coś dla osób wielbiących hamburgery i słodkie nicnierobienie.

b2ap3_thumbnail_myau-thai--21.jpg

Poranny 10 km bieg po dżungli lub plaży, potem 15 minut skakanki, rozgrzewka i rozciąganie. Następnie intensywny trening na workach, gruszkach, oponach, ćwiczenia z trenerem i sparingi na końcu. W ramach odpoczynku po skakance z reguły proponuje się kilkadziesiąt pompek. Dla tajów takie treningi nie są żadnym problemem, dla zaprawionych "zagraniczniaków" pewnie też, ale kilka osób widziałem poważnie wymiękających jeszcze przed zasadniczymi ćwiczeniami i sparingami. Temperatura zdecydowanie powyżej +35 też nie pomagała. Ja byłem zmęczony - a robiłem im tylko zdjęcia.

b2ap3_thumbnail_myau-thai--4-2.jpg

 

b2ap3_thumbnail_myau-thai--13.jpg

Trenerów na macie jest kilkunastu, więc nawet jeśli ktoś przychodzi po raz pierwszy, to otrzymuje pełne wsparcie i ma tzw. indywidualny tok zajęć, zarówno na macie, jak i podczas ćwiczeń już w ringu. Bardzo dobre jest też to, że wśród trenerów jest kilka osób dość poważnie utytułowanych (klasa trenera = ilość wygranych walk i nic więcej), które nie ograniczają się tylko do pracy z najlepszymi - z pełnym zaangażowaniem ćwiczą z początkującymi, powoli i żmudnie tłumacząc, jak skakać na skakance czy prawidłowo wykonywać pierwsze kopnięcia. Super sprawa. Poranne i popołudniowe sesje treningowę są obowiązkowe, ale w tzw. przerwie również można pojawić się i chwilę potrenować - w zależności od wykupionej opcji (możliwe są opcje tzw. dzienne, treningi tygodniowe czy nawet miesięczne).

b2ap3_thumbnail_myau-thai--9.jpg

b2ap3_thumbnail_myau-thai--12.jpg

W trakcie przerwy na macie nie dzieje się praktycznie nic - no może poza tymi, którzy indywidualnie trenują (rzadko i to pojedyncze osoby) - totalny relaks, jedzenie, oglądanie TV i wspólne granie na smartfonach. Czasem ktoś rozkręci motor, by coś usprawnić, ogarnie koguty w klatkach czy nakarmi kolorowe ptaszki - pełen relaks, kupa śmiechu i pełnego odpoczynku. Może niekoniecznie odpoczynku w naszym zachodnim wydaniu, choćby ze względu na notorycznie rozkręcony na cały regulator telewizor z tajskimi przebojami muzyki popularnej.

b2ap3_thumbnail_myau-thai--18.jpg

b2ap3_thumbnail_myau-thai--20.jpg

Na popołudniowy trening ekipa zaczyna się schodzić grubo przed 16-tą - jest wtedy czas na wspólne rozmowy, żarty, przygotowanie się. Sesja z dość krótką, ale intensywną rozgrzewką i rozciąganiem oraz sporą ilością sparingów. A i nawet zdarzają się takie klasyczne pokazówki dwóch trenerów – ilość wymierzonych wtedy ciosów w serii i sama długość tejże zawsze powodowała gromkie brawa na koniec, zarówno dla trenera, jak i ćwiczącego. Moc, siła, energia i szybkość - masakra, to trzeba zdecydowanie zobaczyć na żywo, bo opisać się po prostu nie da.

Trenowanie tajskiego boksu w Tajlandii jest tanie (zdecydowanie tańsze niż w Polsce). Dwie sesje to koszt około 55 zł, tydzień treningu nieco ponad 300 zł, a miesiąc to wydatek 1000 zł z kawałeczkiem. Dla porównania - godzinna sesja w Polsce to wydatek 100 zł. Kwestie takie jak klimat, miejsce, możliwość pracy z zawodnikami są już zasadniczo niewycenialne :) Czy się poleca - zdecydowanie tak. Oglądałem treningi z rozdziawioną paszczą i gdyby nie to, że w tym momencie trening skakankowy dla mnie skończyłby się chyba zawałem, to na bank bym się zdecydował. Ale to jedynie oznacza, że wypada potrenować swą sprawność i powrócić tam za rok :) Zresztą szef szkoły zaproponował mi, że w zamian za zdjęcia w chęcią mi obije mordę (znaczy się potrenuje) - grzecznie odmówiłem i zamieniłem obicie na umieszczenie zdjęć na nowej stronie szkoły.

Reasumując, naprawdę warto skorzystać z takiej możliwości jak treningi pod okiem profesjonalistów w miejscu w którym tajski boks się narodził. Efekty uboczne – wysportowane i umięśnione ciało – czy to aż tak źle ... ?

Więcej reportaży z podróży znajdziesz na blogu Kusiewbusie

Nawigacja dodatkowa