Thailand 2011 Andaman Coast Photoexploration cz.1

Gdyby tak zagrać w skojarzenia do hasła „Tajlandia”, większość powiedziałaby: świątynie, egzotyka, seks-turystyka, rajskie plaże i tym samym strzeliłaby w dziesiątkę… no może w dziewiątkę. Spójrzmy na Tajlandię przez pryzmat naszej wyprawy.
Bangkok
Bangkok oszołomił nas już z lotu ptaka. Obserwowany w nocy przez okna samolotu, przypominał świecący układ scalony. Na ziemi zrobił zresztą nie mniejsze wrażenie. Już pierwsze zderzenie z powietrzem w Bangkoku, zaraz po wyjściu za drzwi klimatyzowanego lotniska Suvarnabhumi, potwierdziło, że Bankgkok nie bez przyczyny uznawany jest za najgorętszą metropolię świata. Początkowo oddech wydawał się ciężki, jednak szybko można było się przyzwyczaić. Tak jak powietrze tak i czar tego miasta zapiera dech. Nie sposób jednak krótko nie wspomnieć o przygodach które „na dobry początek” zaserwował nam Bangkok. Tak jak doradził nam nasz kolega podróżnik, przebywający obecnie w Tajlandii, najlepszym sposobem żeby sprawnie przedostać się z lotniska do centrum, jest skorzystanie z taksówki. Razem z tą poradą dostaliśmy także ostrzeżenie: „nie dajcie się naciągnąć, kurs powinien Was wynieść na czwórkę >>tyle i tyle<<<, jeśli każą płacić więcej, to znaczy że was wkręcają, targujcie się”. Zadowoleni, będąc na miejscu, postanowiliśmy się zastosować do tej porady. Cena za kurs, którą oferowali taksówkarze korporacyjnych firm przechwytujący turystów już od schodów lotniska, była większa o jakieś 200 Bth od tej, która zgodnie z otrzymaną poradą brzmiała nam w głowach jak mantra. Zostawiliśmy więc plecaki w przechowalni na lotnisku i odeszliśmy kilkanaście metrów od ciągów korporacyjnych taksówek w poszukiwaniu tańszego kursu. Szybko i sprawnie znaleźliśmy przewoźnika który bez problemu zgodził się przewieźć nas za zaoferowaną przez nas cenę. Och, jaka rozpierała nas duma, że „my tu w Bangkoku nie daliśmy się naciągnąć”. W towarzystwie tajskiego kierowcy i, nie wiedzieć czemu, jeszcze jednego Taja który „na czwartego” usiadł obok nas z tyłu samochodu ruszyliśmy szczęśliwie, jak mogło się wydawać, aby zobaczyć wielki azjatycki świat. Czas grał dla nas wielką rolę - w Bangkoku wylądowaliśmy około piątej nad ranem a już około 18stej mieliśmy następny lot na Phuket. Na samo zwiedzanie, po odjęciu czasu na dojazd powrotny na lotnisko i odprawę mieliśmy ok. 8 godzin.
Po kilku minutach trasy, kierowca zjechał na podejrzanie wyglądającą opuszczoną stację benzynową, wyszedł razem ze swoim kompanem i kazał nam czekać. Widok zza okna samochodu nie należał do najpiękniejszych – stara opuszczona stacja, bezpańskie psy i blady świt. Po chwili kierowca wrócił z kartką w ręku i kazał ją podpisać siedzącemu z przodu samochodu Dominikowi. W głowach od razu zaświeciła nam się lampka „uwaga”. I słusznie. Dominik przeanalizował treść kartki, i jak się okazało, kierowca chciał zapłaty od każdego z nas osobna takiej kwoty, jaką ustaliśmy za przejazd ogółem dla całej czwórki. Podpis dodatkowo zobowiązywał do uiszczenia opłaty za autostradę (którą wcale nie musieliśmy jechać), jakichś sztucznie wymyślonych dodatkowych kosztów, w tym podatków. Witaj kraju uśmiechu! Miejsce i okoliczności nie stanowiły najlepszego początku wyprawy. Taj nie dawał za wygraną, a na naszą odpowiedź, że niczego nie podpiszemy, przejawiał ataki histerii. Ostatecznie pozwolił nam wysiąść.
Trochę przerażeni, udaliśmy się w kierunku głównej ulicy, żeby złapać inną taksówkę. Szybko zatrzymały się trzy, jedna za drugą. Pędem udaliśmy się w kierunku pierwszej gdzie uśmiechnięty Taj zapraszał nas z całą swą serdecznością trzymając na kolanach jakiś worek z białym proszkiem. Szczerze mówiąc nikt z nas nie miał ochoty wnikać czy zawartość stanowi mąka, narkotyki czy cokolwiek innego. Po dopiero co przeżytych przygodach nie mieliśmy ochoty na dodatkowe atrakcje. Szybko przeszliśmy do taksówki stojącej dalej, w której siedzący kierowca sprawiał wrażenie zaufanego. Zapytany czy mówi po angielsku, ochoczo odpowiedział „Yes!”. Odetchnęliśmy więc z ulgą i licząc na koniec tego typu przygód, ruszyliśmy z nim w drogę. Jazdę samochodem prowadzonym przez Taja, bez wątpienia można zaliczyć do atrakcji i uznać za wartą przeżycia. Kiedy nad głową dyndają święte figurki, z głośników wydobywa się rytmiczna muzyka a samochody mijają się jak w grze używając klaksonów tylko po to by poinformować: „Uwaga jadę ekstremalnie!”, można odczuć że jest się gdzieś daleko od Europy. Po kilkunastu minutach drogi postanowiliśmy zapytać kierowcy jak długo trwać będzie kurs. Otrzymaliśmy odpowiedź: „Yes!”. Wszystko było jasne – na komunikację z kierowcą nie można było liczyć, jak się później okazało na znajomość mapy też nie bardzo. Od początku chcieliśmy dotrzeć pod Democracy Monument… tymczasem taksówkarz wysadził nas pod Victory Monument. Nazwa co prawda zbliżona, ale odległość od centrum niestety nie.
Wysiedliśmy licząc na to, że jesteśmy na miejscu. Analiza mapy pokazała jednak co innego - do celu brakowało jeszcze … około 6 km! Ograniczeni czasem, doświadczeni dziwnymi sytuacjami od samego początku czuliśmy, że ta wyprawa będzie wyjątkowa. Postanowiliśmy jednak nie korzystać z dalszych usług przewoźników i ruszyliśmy pieszo. Los wynagrodził nam dotychczasowe przejścia. Dzięki pieszej wędrówce przez obrzeża miasta, mogliśmy zobaczyć chodzące po chodniku warany (wielkie jaszczury, które hodowane były w fosie okalającej jedną z królewskich rezydencji, a oswojone z widokiem ludzi wychodziły na chodnik robiąc piorunujące wrażenie), mnichów buddyjskich i odbywające się akurat zawody sportowe.

To co kojarzy nam się z Tajlandią po tym spacerze, to zwyczaj, że w Tajlandii czymś zupełnie normalnym jest jedzenie na ulicach. Dosłownie - Tajowie siedzieli na chodnikach spożywając ciepłe posiłki, a wokół unosił się zapach aromatycznych potraw.

Nie brakowało ulicznych stoisk z żywnością, której ceny były rewelacyjne a smaki hmmm - o smakach będzie jeszcze mowa.
Długi marsz, zostawił w naszych głowach piękny obraz Bangkoku, a samo centrum miasta zrobiło piorunujące wrażenie. Łodzią dopłynęliśmy między innymi do marketu na wodzie. To niesamowite, że Tajowie na swoich łódkach organizują sklepy i podpływając do łodzi turystów, oferują różnorodne towary – od żywności po pamiątki. Godnym polecenia jest też przejście przez targ amuletów, gdzie można znaleźć dosłownie wszystko.

Zwiedzanie Bangkoku jest niesamowite. Można zachwycić się niebiańskim smakiem egzotycznych owoców oferowanych w przyulicznych stoiskach. Oczarowuje widok świątyń, wszędzie obecnych obrazów króla i królowej, odpoczywających w hamakach na tętniących życiem ulicach miasta Tajów, turkoczących tuk-tuków. Całość powoduje, że zmysły łakną Bangkok, a zwiedzający go zdają się zapominać o wysokiej temperaturze i duchocie tego miejsca. Chętnie zostalibyśmy w Bankgoku jeszcze dłużej, szczególnie po to by móc zwiedzić tamtejsze świątynie, jednak musieliśmy realizować założenia planu wyprawy, a godzina wylotu do Phuket zbliżała się nieubłaganie.
Phuket.
Późnym wieczorem (ok. 22.00/23.00 tamtego czasu) dotarliśmy do Phuket. Z lotniska wraz z nowo poznaną parą z Danii, przedostaliśmy się do miejsca gdzie planowaliśmy spędzić noc. Środek transportu którym się przemieściliśmy, niczym nie przypominał taksówek z Bangkoku. O tej porze, do centrum miasta jeździły bowiem tylko przewoźnicy dysponujący siedmioosobowymi komfortowymi samochodami, wyposażonymi w luksusowe siedzenia. Ten fragment podróży rekompensował nam poranne doznania i koił zmęczenie. Marzyliśmy o tym, aby po ok. trzynastu godzinach spędzonych w samolotach, czekaniu na lotniskach i zwiedzaniu Bangkoku, móc wyspać się w jakimś przytulnym miejscu. Mieliśmy dokładne dane naszego punktu destynacji tj. hostelu w którym nasz książkowy przewodnik polecał spędzić noc, reklamując bardzo dobre warunki za niską cenę. Reklamował chyba aż za bardzo, bo mimo tego, że byliśmy w Tajlandii poza sezonem turystycznym, w hostelu nie było już miejsc.
Właściciel polecił nam jednak zaprzyjaźniony hostel położony kilka przecznic dalej. Przywitani przez przesympatyczną aczkolwiek zaspaną Tajkę, dostaliśmy klucze i stanęliśmy przez naszymi pokojami. Zakwaterowanie przypominało to, w którym Richard (grany przez Leonardo Di Caprio ) w „Niebiańskiej plaży” spędził swoją pierwszą noc. My tuż przed wyjazdem, urządziliśmy sobie wieczór filmowy i oglądnęliśmy „The Beach” by wczuć się w klimat Tajlandii, skojarzenie było więc szybkie. Obskurne okiennice z zakurzonymi moskitierami, jeden zardzewiały wieszak na ubrania, straszna łazienka, a na ścianie mały przyjaciel gekon – to taki przybliżony obraz. Można było dostrzec, że właściciele hostelu starali się uczynić z niego obiekt przyjazny turystom, ale czasem samo pomalowanie ścian na różne kolory nie wystarczy.
Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy w poszukiwaniu sklepu aby kupić przynajmniej coś do picia. Po drodze dopadł nas rzęsisty monsunowy deszcz. To akurat, w Tajlandii, jest bardzo przyjemne. Temperatura jest na tyle wysoka, że trwające od kilku do kilkunastu minut opady nie stanowią problemu. Tyle tylko, że wtedy w Phuket, w środku nocy, mając w głowach wygląd pomieszczeń w których mieliśmy spędzić pierwszą noc, byliśmy delikatnie przerażeni. Na szczęście poranek pokazał, że to co w nocy przerażało, nad ranem okazało się wcale nie być takie straszne. Poranek nie odmienił co prawda standardu pomieszczeń które wynajęliśmy, ale zmienił nasze spojrzenie na rzeczywistość. Wykąpani i wyspani, zjedliśmy śniadanie przygotowane przez młode, sympatyczne Tajki prowadzące hostel, z którymi się zaprzyjaźniliśmy. Dzięki nim wiedzieliśmy od razu gdzie warto się udać, a na co nie warto tracić czasu. To one sprawnie a przede wszystkim po tajsku, telefonicznie zamawiały dla nas bilety wstępu w miejsca gdzie potrzebowaliśmy rezerwacji. Jednym z takich była np. polecana przez większość przewodników wyprawa po dżungli, trekking przy wodospadach i zwiedzanie plantacji kauczuku. Niestety, w większości z tych miejsc spotkaliśmy się z nadmierną komercją i zdecydowanie nie tym, czego oczekiwaliśmy. 
Wybraliśmy się też na Hat Kata gdzie zaserwowaliśmy sobie 2 godziny relaksu na plaży i szaleństw w andamańskich falach. Po powrocie zrobiliśmy szybki rekonesans po Phuket, który łącznie z poradami znajomych Tajek pozwolił nam zlokalizować fantastyczne miejsca. Piorunujące wrażenie robił artysta, którego można było obserwować przez wychodzące na ulice wrota ciągle otwartej pracowni. Tworzył bez przerwy i mieliśmy wrażenie, że nigdy nie śpi. Natrafiliśmy też na małe rewelacyjne restauracyjki i upodobaliśmy sobie kilka ulicznych stoisk z jedzeniem.

W Tajlandii ilość takich stoisk przeobraża spacer w kulinarną wycieczkę. Wszędzie roi się od budek z grillem gdzie serwowane są szaszłyki z durianem, ryż i kurczak w wielu odmianach. Dla amatorów słodkości tajska kuchnia serwuje coś wyjątkowego – banany w cieście naleśnikowym. Ciężko ominąć tamtejsze stoiska, tym bardziej że można zjeść już za kilkanaście bathów (10 bath= ok. 1,20 zł). Tajska kuchnia jest kusząca i aromatyczna - bazuje głównie na ryżu oraz jajach a przy większości potraw można wybrać rodzaj mięsa (najczęściej spośród kurczaka, wieprzowiny i owoców morza). Jedzenie jest pyszne ale nieco trudno jest przyzwyczaić się do słodkiego smaku niektórych potraw, że o pikantności nie wspomnimy. Jako ciekawostkę można podać, że Tajowie do spożywania posiłków, używają widelca i łyżki. Jako Europejczycy, z uwagi na kuchnię włoską, byliśmy przyzwyczajeni do jedzenia w ten sposób co najwyżej makaronów, nie zaś zup z mięsem czy warzywami. Początkowo wydaje się to więc dziwne, ale z czasem można przywyknąć i bardzo polubić ten sposób.

Zachwycały nas też środki komunikacji. Przede wszystkim tzw. songthaew, czyli półciężarówka z dwoma rzędami siedzeń, gdzie ilość przewożonych osób jest nieograniczona i najlepiej można to wyrazić wzorem - im większa masa załadunku tym wolniejszy czas przejazdu.
Czuliśmy się niesamowicie siedząc w tych pędzących pojazdach, gdy przez „okna” można obserwować dżunglę. Oprócz tego w tamtejszy krajobraz pięknie wpisują się też tuk tuki czyli trójkołowe riksze nadające tajskim miejscowościom wyjątkowego charakteru. 
W Phuket nauczyliśmy się odczuwać Tajlandię. Poznawaliśmy mentalność jej mieszkańców, zwyczaje, smaki i nazwy. Mieliśmy już spory bagaż doświadczeń, w związku z czym ruszyliśmy dalej.
Phnag-ngha
Phnag-ngha przywołuje nam na myśl ciepłe wspomnienia. To bardzo „tajska” miejscowość, w tym sensie, że nie zastaliśmy tam żadnych innych turystów. Niewielka, z jedną główną ulicą, za to całym mnóstwem zakładów fryzjerskich. Zaprzyjaźniliśmy się z pewną tajską rodziną prowadzącą małą restauracyjkę o nazwie „KhuKhu” na przeciw hostelu w którym nocowaliśmy. Nasza rówieśniczka pełniąc w KhuKhu role kelnerki, odnajdywała w słowniku tajsko angielskim poszczególne wyrazy i fundowała nam prawdziwą szkołę tajskiego.
Kolejnego dnia wyruszyliśmy zwiedzić park morski Phnang Ngha w skład którego wchodzi między innymi słynna wyspa Jamesa Bonda. Songtahew wysadził nas w dźwięcznie brzmiącej miejscowości Tadaam. Tam też mieliśmy okazję pierwszy raz zaobserwować wolno żyjące małpy, pilnie obserwujące nas zza drzew. Wiedzieliśmy, że można opłynąć park morski „na własną rękę” pod warunkiem, że zna się Taja który ma własną łódkę. Byliśmy niechętnie nastawieni do zwiedzania czegokolwiek w ramach komercyjnych, zorganizowanych grup. Postanowiliśmy więc ruszyć do wioski rybackiej i zapytać o zorganizowanie takiego mini-rejsu tylko dla nas. Wioska do której dotarliśmy była jednym z najpiękniejszych miejsc jakie odwiedziliśmy w Tajlandii. Sprawiała wrażenie jakby życie w niej płynęło pięć razy wolniej. Ani jednego turysty. W zasadzie nie widzieliśmy, czy to my bardziej baliśmy się zastanej tam dzikości, czy to Tajowie byli bardziej zdziwieni naszą obecnością.
Udało nam się jednak znaleźć chłopaka, który znał kilka słów po angielsku. Wytłumaczyliśmy mu o co nam chodzi, a on kazał zaczekać. Po chwili przyszedł do nas razem z uśmiechniętym rybakiem, z którym umówiliśmy się na indywidualną wycieczkę. Cena jaką ustaliliśmy była o połowę niższa niż ta oferowana przez organizatorów komercyjnych wycieczek. Co więcej na łódce byliśmy tylko my we czwórkę i nasz przewodnik rybak, dzięki czemu mieliśmy swobodę w robieniu zdjęć i kręceniu filmu. Taj natomiast był zachwycony i sprawiał wrażenie jakbyśmy spadli mu z nieba. Dla niego suma którą ustaliliśmy była bardzo korzystna. Zachwyceni płynęliśmy wśród zapierających dech w piersiach widoków. Nasz przewodnik zatrzymywał się przy każdej słynnej formie skalnej, po czym podchodził do nas i pokazywał na naszej ulotce przy której atrakcji aktualnie się znajdywaliśmy. Co więcej przystawał dla nas także w miejscach znanych tylko mieszkańcom wioski i namawiał nas do wyskakiwania z łódki, żebyśmy mogli popływać. Było niesamowicie.

Ciąg dalszy nastąpi...
Oficjalna strona wyprawy: photoexploration.pl
Warto rezerwować z nami
-
Atrakcyjne zniżki
Kupując u nas bilety lotnicze, otrzymujesz pakiet atrakcyjnych zniżek od naszych Partnerów.
zobacz więcej -
100% bezpieczeństwa transakcji
Rezerwując w naszym serwisie masz zapewnione 100% bezpieczeństwa transakcji.
zobacz więcej -
Wspomagasz szczytne cele
Część dochodów przeznaczamy na wsparcie organizacji charytatywnych.
zobacz więcej


Dodaj komentarz